Hej Kochani!
Jestem teraz w Portugalii, dokładnie w Porto i spędzę tutaj najbliższe kilka miesięcy w ramach wymiany studenckiej Erasmus. Między innymi dlatego nie miałam czasu (muszę wykasować te stwierdzenie ze słownika!!) zaglądać na bloga. Jak się okazuje w Porto nie mam tego czasu wiele więcej (studenckie życie w takim mieście potrafi pochłonąć), ale dzisiaj udało mi wygospodarować chwilę, dlatego proszę szykujcie się na długiego posta:D

 


Powyżej możecie zobaczyć prześliczny most (wszystkie w Porto mają podobną konstrukcję, jak będę wiedziała o nich coś więcej, to z pewnością podzielę się z Wami tą informacją) nad rzeką Douro.  To właśnie nad tą rzeką znajduje się dzielnica Ribeira, gdzie powstaje Porto i inne winiarskie trunki (piwo nie jest tu popularne, a przynajmniej nie tak jak wina, które w zwykłym osiedlowym sklepiku zajmują jedną całą ścianę albo i więcej).
Ta panorama pokazuje idealnie jakie jest położenie tego miasta. Ciągle z górki i pod górkę, także zaliczam trening każdego dnia, bo nie uświadczy się tutaj metra kwadratowego płaskiej powierzchni.
Pogoda także jest jak w kalejdoskopie –  jednego dnia pięknie świeci słońce, drugiego dnia jest taka ulewa, że po ulicach najlepiej byłoby się poruszać łódką:D

 

Hmm, ale zapomniałabym- ja przyjechałam tu studiować:D Zajęcia po angielsku zaczynają się dopiero 5 października, ale mieliśmy już zajęcia organizacyjne. Na naszej uczelni, czyli Politechnice w Porto, (ale przypuszczam, że to po prostu jakaś tradycja portugalska) studenci chodzą w czarnych garniturach (dziewczyny mają czarne spódnice za kolano), białych koszulach i takich narzutach/ płaszczach/ kocach – nie wiem jak to nazwać. Wyglądają trochę jak z Hogwartu, za to my przy nich to istni mugole 😀 Początkowo myślałam, że to jakiś strój galowy, ale widzę już ich tak 4 dzień, więc nie wiem, czy mają tak chodzić przez cały czas, czy tylko w pierwszym tygodniu:)

 

Wczoraj korzystając z ładnej pogody wybraliśmy się nad Ocean. Było słonecznie, ale bardzo wietrznie – a więc idealnie dla surferów:) Woda ma tutaj ok. 15-18 stopni, więc dla mnie trochę za zimno, ale na południu Portugalii, nie jest już tak wietrznie, i ocean też jest dużo cieplejszy. Zajęcia surfingu kosztują 40 euro za 8 lekcji (każda lekcja po 2 h) więc cena jest bardzo atrakcyjna. Ja jednak widząc te fale, boję się, że mogłabym zginąć przy pierwszym dotknięciu deski, więc nie wiem jeszcze, czy po lekcji próbnej będę kontynuować naukę:D
Strój kąpielowy- House, T-shirt- Terranova, Kapelusz -no name 
Biel moich nóg jest naprawdę przerażająca, wiem! Ale mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni.
(Sandały – Diverse)
 Tutaj siedzę sobie niczego nieświadoma i pozuję do zdjęcia:)
Tutaj wiem, już, że za mną czai się coś niedobrego (w głowie mam jakąś Godzillę czy coś!)
Po tym jak całe życie przeleciało mi przed oczami, a wielka fala obmyła mi plecy uciekam do bezpiecznego (suchego)  miejsca:D
Torebka- Dressgal
(Zdjęcie robiłam sama:D)
Dzisiaj był taki post trochę o wszystkim i o niczym, ale chciałam Wam pokrótce streścić co u mnie słychać, dalsze posty będą już bardziej tematyczne i oczywiście modowe!:D