W ankiecie zorganizowanej na facebooku zgodnie stwierdziliście, że posty z serii Wpadki podróżnicze, bardzo przypadły Wam do gustu. Dlatego też długiej przerwie seria ta wraca na bloga!

Kiedy, jak i dlaczego?

Pozwolę sobie więcej nie przedłużać i od razu przejdę do historii, która miała miejsce podczas tegorocznych lipcowych wakacji.

Bari, wpadki podróżnicze, zakreecona blog, zakreecona.pl

Od razu po przyjeździe do Bari wybraliśmy się do wypożyczalni samochodów. Z pewnych przyczyn w ostatniej chwili byliśmy zmuszeni  zmienić rezerwację, a tym samym wypożyczalnię jednego z aut. Rozmowa w biurze wynajmu zaczęła się bardzo miło. Uprzejma Pani prosiła by podpisać  dokumenty, tłumaczyła to i tamto, za każdym razem pytała czy wszystko rozumiemy. W pewnej chwili zapytała nas, czy potrzebujemy wykupić dodatkowe ubezpieczenie zwalniające nas z kosztów wkładu własnego w przypadku kradzieży bądź usterki auta, w cenie 140 euro (3 razy tyle co cały wynajem auta). Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie, gdyż wykupiliśmy własne ubezpieczenie w zewnętrznej firmie. Obsługująca nas Pani przeszyła mnie piorunującym wzrokiem i już wiedziałam, że moja odpowiedź nie przypadła jej do gustu. Zapytała więc jeszcze raz, czy aby na pewno nie chcemy dodatkowego ubezpieczenia, a ja po raz kolejny odpowiedziałam, że nie. Moja przecząca odpowiedź okazała się brzemienna w skutkach. W jednej chwili ta uprzejma i miła Pani, zmieniła swoje zachowanie o 180 stopni. Nagle pytanie “czy chcą Państwo wykupić dodatkowe ubezpieczenie” zamieniło się w rozkaz “muszą Państwo wykupić dodatkowe ubezpieczenie”.

Przepraszam, ale Pani chyba nie rozumie

Na nic zdały się moje argumenty, że jestem świadoma, że w razie wypadku albo kradzieży zostaną mi pobrane pieniądze z kredytówki i ubezpieczyciel zwróci mi je dopiero później. Pani była nieugięta i powiedziała, ze koniecznie musimy wykupić ubezpieczenie bo:

  • za każdą nawet najmniejszą rysę zapłacimy  600 euro, a wypożyczalnia nie daje żadnych paragonów za naprawy
  • każdy samochód wypożyczony na południu Włoch wraca z rysami, ba, z milionem rys!
  • na 100% ktoś nas zarysuje albo my kogoś zarysujemy i czy ja w ogóle mam świadomość ile to jest 600 euro!?

Taka słowna przepychanka trwała w najlepsze jakieś 40 minut. Oczami wyobraźni widziałam już komornika wchodzącego do mojego wynajmowanego mieszkania i sprawdzającego czy sprzedaż paru ciuchów z lumpeksu, 5 letniej lustrzanki i 3 letniego kompa starczy na spłatę zadłużenia.  Ale nie, nie ugięłam się! Powtórzyłam jeszcze raz, że mam już jedno ubezpieczenie i dodatkowego nie potrzebuję. Pani z kolei przekonywała, że ja nic nie rozumiem i że mam wykupić ubezpieczenie W pewnym momencie Pan obsługujący  w drugim okienku, zostawił swoich klientów i dołączył do naszej, jakże przyjemnej rozmowy. Teraz już dwie osoby pokrzykiwały w moim kierunku, że mam kupić ubezpieczenie, bo inaczej do końca życia nie wypłacę się za rysy, kosztujące 600 euro każda…

W pewnej chwili już zwątpiłam, czy jestem w wypożyczalni samochodów, czy może jednak na pokazie garnków i pościeli, gdzie przedstawiciele dwoją się troją by mnie zmusić do zakupu.   W końcu uznałam, że czas zakończyć tę farsę. Prawie spokojnie, aczkolwiek bardzo dosadnie poprosiłam o przekazanie mi kluczyków. Z biura wypożyczalni wyszłam  ze zszarganymi nerwami, ale w tym pojedynku charakterów to ja odniosłam zwycięstwo.

Psychoza

Auto było do odebrania w garażu podziemnym, gdzie ktoś miał na nas czekać, by podpisać protokół odbioru. Ja wraz z moimi towarzyszami podróży, w buńczucznych nastrojach, postanowiliśmy, że auto obejrzymy dokładnie z każdej strony. Każdej najmniejszej rysy na karoserii będziemy szukać tak jak kleszcza na ciele po wycieczce do lasu.

Po odbiór auta szliśmy jak na skazanie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że Pan czekający przy samochodzie okazał się być bardzo miły. Gdy zaczęliśmy pokazywać mu drobne rysy, z prośbą, by zaznaczył je w protokole, odpowiadał ze śmiechem “Co Wy Państwo, ta kreseczka nawet koło rysy nie stała”. Odebraliśmy więc auto i ruszyliśmy na podbój Apulii. Gdy poinformowałam resztę ekipy o zaistniałej sytuacji, wszyscy byli oburzeni, ale zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma co sobie psuć wakacji. Jednak niestety… na takie deklaracje dla nas było już za późno. Słowo rysa, odmieniane przez wszystkie przypadki, krążyło nad nami  jak natrętny komar.

Zakupy w supermarkecie? Oczywiście, ale najpierw 8 osób musi zrobić rundkę wokół auta i sprawdzić, czy nie ma żadnej ryski. Parkowanie na parkingu niestrzeżonym? Tak, ale tylko w takim miejscu, by nie było możliwości zarysowania. Wyjście, na plaże, na spacer, do knajpy? Tak, ale przedtem dokładne oglądanie auta. Przez 8 osób. Na raz! Zapanowała między nami istna psychoza. Siedzimy w knajpie jemy obiad, i ktoś nagle od niechcenia zastanawia się, czy ktoś nam auta nie porysował. Podczas gry w tajniaków, większość haseł, które przychodziły do głowy związane były z szeroko rozumianym lakiernictwem.

Czasami miałam wręcz wrażenie, że po kolejnym obchodzie auta panował swego rodzaj zawód, że jak to, nie ma żadnej rysy? My tak szukamy, a jej nadal nie ma? Ehh…

Bari, wpadki podróżnicze, Apulia, zakreecona blog, humor, śmieszna historia

Rysa za 600 euro

Byliśmy tak skupieni na szukaniu rysy przed każdym wejściem i wyjściem do samochodu, że… w końcu ją znaleźliśmy. Wracamy sobie z plaży, na parkingu zaczynamy nasz włoski rytuał, tj poszukiwania rysy na karoserii… Aż tu nagle, szok! Jest!  Rysa, najprawdziwsza rysa na przednich drzwiach od strony pasażera! Patrzymy na siebie, nie dowierzamy! Każdy powoli podchodzi i sprawdza. I tylko słychać ” Ty rysa”, “O ja, czyli jednak mamy rysę”, “O nie, 600 euro poszło się ….”. Do dzisiaj nie wiem, czy po prostu ta rysa już była i nikt jej wcześniej nie zauważył. A może rzeczywiście ktoś przywalił w nas drzwiami i zostawił kawałek swojego lakieru? Tego już się nie dowiemy.  Rysa ta była rozmiarów, których zwykły człowiek raczej by nie zauważył, no chyba, że ktoś dokładnie wskazałby mu jej miejsce. Prawdę mówiąc w ogóle nie rzucała się w oczy, ale w tamtym czasie  była dla nas monstrualnych rozmiarów. Niektórzy w ekipie twierdzili, że temat trzeba olać, bo jak to mówił Pan z garażu podziemnego “taka rysa to nie rysa”. Zdecydowana większość była jednak przekonana o rychłej utracie 600 euro i już zaczęła na szybko obmyślać sposób zarobienia takiej kwoty śpiewając na deptaku w Bari.

W pewnym momencie ktoś wpadł na genialny plan “a może, by spróbować tę rysę zmyć? No bo jeśli to tylko kawałek lakieru obcego auta, to chyba nie powinno być to nic trudnego?” Na pomysłodawcę patrzyliśmy jak Izraelici na Mojżesza, gdy wyprowadzał ich z Ziemi Egipskiej. Przecież to było genialne! Kawałek szmatki i płynu do naczyń i będzie po wszystkim! A myśmy się tak stresowali, że co najmniej 600 euro pójdzie z dymem…

Feralny poranek

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeden z kolegów wziął ciężar odpowiedzialności wykonania tego zadania na siebie. Uzbroił się w szmatkę, miskę z wodą  płynem i rozpoczął akcję czyszczenia czarnego lakieru. Bardzo zadowolony z efektów swojej pracy, przyszedł nam obwieścić, że po czarnym lakierze nie ma ani śladu i niebezpieczeństwo naszego bankructwa minęło. Już prawie zaczęliśmy otwierać szampana, ale przed świętowaniem chcieliśmy zobaczyć rezultat starań naszego kumpla. Cała Ósemka pobiegła w podskokach do samochodu, a widok, który tam zastaliśmy zaskoczył nas tak bardzo, jak sesja co roku zaskakuje studentów. W miejscu gdzie wcześniej była maleńka rysa, a raczej ślad po obcym lakierze, teraz znajdowała się… Matowa plama wielkości dłoni masywnego boksera, widoczna z każdej strony i pod każdym kątem. No tak rzucała się w oczy, że nawet niewidomy by ją dojrzał! Spojrzeliśmy na siebie w milczeniu, nie wiedząc co powiedzieć. O ile wcześniej prawdopodobnie by się nam upiekło, o tyle teraz nie było możliwości, by ktoś tego wielkiego matowego placka nie zauważył…

Pytaliśmy kolegę, który podjął się czyszczenia jak to możliwe? Czy aby przypadkiem nie pomylił szczoty drucianej z delikatną ściereczką? Zenek Martyniuk w takiej sytuacji odpowiedziałby “Jak do tego doszło, nieee wieeem”. Nasz kolega za to zarzekał się, że zrobił wszystko po Bożemu. Przecierał miejsce szmatką i płynem i sam tak naprawdę nie ma pojęcia co wydarzyło się na powierzchni tego lakieru.

Szwagier handlarz samochodów

Utrata kilkuset euro nie leżała w interesie żadnego z nas, dlatego zgodnie stwierdziliśmy, że należy wdrożyć plan B. Jak to w polskich rodzinach bywa, okazało się, że każdy ma jakiegoś szwagra/ kuzyna/ wujka handlarza samochodów. Postanowiliśmy zaciągnąć rady od fachowców i zapytać jak w amatorskich warunkach, nie tracąc dużo pieniędzy i czasu, usunąć matową plamę z karoserii. Dla szwagrów handlarzy, takie sytuacje to chleb powszedni, więc bez większego zastanowienia poradzili nam, by zakupić szmatkę z mikrofibry i pastę polerską. A nam nie trzeba było dwa razy powtarzać.

Żmudna praca

Zwiedzanie Bari zaczęliśmy od…  wizyty w sklepie z  akcesoriami samochodowymi. Po dokonaniu zakupów, ustaliliśmy, że operacja usuwania matu zostanie wykonana wieczorem po naszym powrocie ze zwiedzania. Już po zachodzie słońca jeden kolega wziął się za polerkę. Na początku szło mu opornie. Być może dlatego, że 7 osób lepiej od niego wiedziało jak to robić?  “Źle trzymasz, szybciej poleruj!, “Bardziej owalne ruchy i delikatniej” “No weź to porządnie poleruj, bo inaczej, nic to nie da”. Że kolega się nie wkurzył i nie posłał nas gdzie pieprz rośnie, do dzisiaj jest dla mnie wielką zagadką. Efekty wieczornej pracy mogliśmy zobaczyć dopiero rano, w naturalnym świetle. I tak każdy po kolei, kto budził się, by skorzystać z toalety, najpierw kierował swe kroki na podwórze, by sprawdzić jak wygląda sytuacja. Niestety matowa plama nadal była widoczna. Kolega polerujący wieczorem postanowił jednak, że nie podda się dopóki plama nie zniknie. Wstał o 6 rano, polerował, polerował, polerował aż…. wypolerował!

Happy End

Gdy już wszyscy byli na nogach, każdy chciał wiedzieć, czy perspektywa utraty 600 euro jest realna, czy wręcz przeciwnie, całkowicie oddaliła się. Na szczęście praca kolegi nie poszła na marne i okazało się, że z Bari wracamy na tarczy! Po matowej planie nie było ani śladu, po rysie ( a raczej czarnym lakierze) tym bardziej. Auto wyglądało jak nówka funkiel, nie śmigane! Odetchnęliśmy z ulgą i ze spokojem pojechaliśmy do wypożyczalni, gdzie bez żadnych problemów i niemiłych niespodzianek  dopełniliśmy wszelkich formalności. Byliśmy niezwykle szczęśliwi, że w kolejnym miejscu (na Malcie), ubezpieczenie wykupujemy bezpośrednio w wypożyczalni.

PS 1 Pewnie zapytacie dlaczego nie wykupiliśmy ubezpieczenia w wypożyczalni? Bo nie lubimy płacić lichwy. Jeśli ubezpieczenie za fiata Pandę wynosi 45 euro dziennie, a samo wypożyczenie 15, to chyba zdecydowanie coś jest nie tak. Jeśli  taka sługa w biurze miałaby akceptowalną cenę, tj, do ok. 20 euro za dzień, to jak najbardziej wolimy mieć takie. Ale tamta cena była nie do zaakceptowania, dlatego kupiliśmy ubezpieczenie w zewnętrznej firmie.

PS2 Gdybyśmy nie próbowali znaleźć rysy na każdym kroku, prawdopodobnie byśmy jej nie znaleźli i nie byłoby tej całej akcji. Ale też nie byłoby tego posta, więc uznaję, że stres i kasa wydana na szmatkę i pastę polerską były tego warte!

 

Dajcie znać, jakie Wy macie doświadczenia z wypożyczalniami samochodów?  Nie ukrywam, że w zanadrzu mam jeszcze kilka historii, w której wypożyczalnie odgrywają główne role… 🙂