Od momentu, w którym zaczęłam kumać, że istnieje coś takiego jak studia i że grzecznym dzieciom wypada na nie iść, wiedziałam, że pójdę na Politechnikę. I wiedziałam też, że będzie to we Wrocławiu. Ogólnie tak sobie myślę, że wszystko fajne co mnie w życiu spotkało, w większości wydarzyło się we Wrocku albo tu miało swój początek. Lubię sobie tak czasem poprzechadzać wrocławskimi uliczkami i powspominać stare czasy. A już szczególnie lubię spacery w okolice mojej uczelni, tak jak ten z dzisiejszych zdjęć na Bulwarach Politechniki, bo właśnie podczas studiów przydarzyło mi się większość moich krejzolskich przygód.
I tak pamiętam swoją pierwszą pracę zarobkową na I roku przy roznoszeniu ulotek dla gabinetu dentystycznego. Jak zaproponowano mi 7 zł za godzinę, byłam pewna, że się przesłyszałam! No kura mać, takie pieniądze?! Na wakacjach rok wcześniej za tę samą robotę zarabiałam 5,50 zł/ h!  Myślałam sobie : “7 zł, nie wierzę, ja to bez kitu, w końcu los się do mnie uśmiechnął!”  i możecie mi wierzyć, lub nie, ale w moich słowach nie ma ani krzty przesady (i ironii też!)!
I tak przez pierwsze studenckie lata imałam się wielu różnych zajęć. Począwszy od roznoszenia ulotek za 7 zł za godzinę i sprzedawania lodów włoskich w barze, poprzez pracę jako rowerowy dostawca jedzenia, hostessa reklamująca wodę mineralną, na kelnerowaniu skończywszy. I to właśnie  praca jako kelnerka nauczyła mnie najwięcej.
Pierwszego dnia w restauracji miałam w razie potrzeby pomagać innym kelnerom oraz uczyć się  nosić tacę z napojami jedną ręką. Po jakimś czasie doszłam już do takiej wprawy, że mogłam jedną ręką spokojnie unieść 8 kufli z piwem, dwie kawy i karafkę wina (i nie ulać przy tym ani jednej kropli!) ale pierwszego dnia zdobycie tej umiejętności wydawało mi się równie prawdopodobne co dostanie zaproszenia na fejsie od Roberta Lewandowskiego.  Ślepy los chciał, by w pierwszych godzinach mojej, jeszcze nieudacznej kelnerskiej pracy,  do knajpy wpadł mój Prowadzący z Laboratorium Fizyki (u którego na szczęście dostałam piątkę) wraz ze swoją żoną. Przywitałam się grzecznie, okazało się, że pan Prowadzący pamięta mnie z imienia i nazwiska, a Kierowniczka zauważywszy to, pozwoliła mi obsłużyć ten stolik. I tak się dla nich starałam, wspinałam się na wyżyny uprzejmości, rąbka nieba chciałam uchylić, żeby tylko jak najlepiej zapamiętali mnie i wizytę w restauracji. Czar prysł jednak jakoś po 7 minutach, tj. do momentu, w którym przyszło mi zanieść im napoje do stolika. Pokonanie 10 metrów między stolikami, robienie uników od biegających między nogami dziećmi jakoś mi się udało, ale spokojne rozłożenie napojów na stole już to już nie.  Lemoniada arbuzowa w połowie swej objętości znalazła się na blacie stołu, a w drugiej połowie na sukience żony Pana Prowadzącego, który to sprytnie zdążył odskoczyć, tak, że nawet kropelka go nie musnęła. Oboje byli bardzo miłymi ludźmi, więc oczywiście się nie pogniewali i nie robili problemów, jedynie Pan Prowadzący skomentował z przekąsem “A ja Pani Żurawska, Pani piątkę postawiłem…”.
Nie ta historia jednak  wyryła się w mojej pamięci, niczym napis Love na pewnym kamieniu. Nie ta historia sprawiła, że w jednym momencie różni ludzie darzyli mnie z całą pewnością ambiwalentnymi uczuciami…

 

Otóż wydarzyło się to parę miesięcy później, kiedy to już spokojnie byłam w stanie nosić dwie pełne tace na raz i jeszcze dodatkowo to żonglować pełnymi kuflami z piwem i zarabiać za takie pokazy dodatkowe hajsy. Nie, no dobra, to drugie to żart. W każdym razie, ani obsługiwanie 15 stolików jednocześnie nie było problemem, ani zapamiętanie dań dla 20 osób bez zapisywania, no mówię Wam, kelnerka byłam jak się patrzy. I tak to oto pewnego wieczora, kiedy dzień chylił się już ku końcowi, a restauracja do zamknięcia, miałam jeszcze do obsłużenia kilka stolików, ale wszystkie były już u kresu swojej kulinarnej wycieczki. Jedni goście już się rozliczyli i właśnie zakładali płaszcze, a drudzy poprosili o rachunek. Sprzątnęłam więc ich stolik, pozbierałam talerze i sosjerki i dziarskim krokiem ruszyłam w stronę zmywaka. W pewnym momencie los po raz kolejny spłatał mi figla i na moment straciłam równowagę. Na szczęście udało mi się uratować talerze przez niechybnym rozbiciem na miliony bynajmniej nie monet, niestety życie nie było tak łaskawe dla w połowie pełnych sosjerek z sosem czosnkowym. W życiu bym nie pomyślała, że 20 ml sosu czosnkowego spadającego z 100 cm wysokości  i umieszczonego w sosjerce o średnicy 5 cm, może mieć taki rozbryzg! Sos czosnkowy był wszędzie, na włosach jednej Pani, na spodniach pewnego Pana, a nawet w takich zakamarkach sali, które w życiu światła dziennego nie widziały. Ale sos był gdzieś jeszcze. Jak zdałam sobie sprawę jakiego ambarasu narobiłam, nogi się pode mną ugięły, a przed oczami zrobiło się czarno… A w sumie to biało, bo to jednak nie wzrok mi odmówił posłuszeństwa, tylko sos czosnkowy zalał również moje okulary i połowę fartucha. Gdy mój mózg na nowo zaczął trybić i wzięłam się za naprawianie skutków czosnkowej katastrofy, w tym naprzemienne wypowiadanie słów “Przepraszam” i “Już to sprzątam” w pewnym momencie podszedł do mnie gość, który miał już zamknięty i uregulowany rachunek, wręczył mi do ręki 20 zł, podziękował za super rozrywkę i powiedział, że dawno się już tak nie uśmiał…
No cóż, po raz kolejny okazuje się, że z każdej katastrofy można wyciągnąć coś pozytywnego. A chyba każdy przyzna mi rację, że 20 zł dla studenciaka to nie byle pieniądz!

A Wy macie jakieś śmieszne historie z początków (i nie tylko!) Waszej pracy zarobkowej/ zawodowej? Chętnie poczytam w komentarzach!

 

 Koszula – Terranova %% 39 zł
Szorty – Terranova %% 59 zł
Converse – Factory %% 159 zł
Torba – Tom Tailor, prezent
Pasek- Reserved, 39 zł

PS Dacie wiare, że tej poważnej Pani ze zdjęć się takie historie przydarzają? Bo mi się coś wierzyć nie chce!