Moi Drodzy! Na wstępie chciałabym przeprosić za długą przerwę, która wyniknęła trochę z majówkowego okresu, a trochę z braku czasu. Ostatni post napisałam 27 kwietnia! Więcej grzechów nie pamiętam! A abstynencja na blogu to moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Dlatego właśnie teraz błagam Was o przebaczenie i obiecuję poprawę oraz zadośćuczynienie!

Mam nadzieję, że większość z Was zauważyła, że blog zmienił nazwę oraz logo. Zniknęło moje kochane, cholernie długaśne i trudne do zapamiętania “Buy cheap look fit” widoczne poniżej, a pojawiło się www.zakreecona.pl. Z zamiarem przejścia na własną domenę mierzyłam się już dawno i w końcu się udało. A z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować mojej przyjaciółce Yogili za piękne logo, które dla mnie przygotowała. Nie byłam łatwą klientką, ale Yogili wybaczyła mi grymaszenie i przygotowała znak graficzny, który jest dla mnie idealny!:)

                                                                                                                              Cześć pamięci starej nazwy mojego bloga!

Jak się zapewne domyślacie, nazwa “Zakreecona” nie wzięła się z kosmosu. Osoby które mnie znają, wiedzą, że nie jestem najspokojniejszą i najbardziej poukładaną osobą na świecie. A moich włosów też nikt raczej nie nazwałby prostymi. A jeśli mam być szczera, to pomysł na nazwę podsuneliście mi Wy, kochani Czytelnicy, bo jak przejrzałam swoje komentarze, to wzmianka o włosach pojawiała się naprawdę niewiarygdnie często, chociaż żaden post nie był stricte związany z włosami (tak tylko w kwestii formalności, żadna tam ze mnie włosomaniaczka, ot po prostu próbuję tylko swoje kłaczki ogarnąć w miarę możliwości i całe szczęście coraz lepiej mi się to udaje).

Ale do rzeczy. Jak to u mnie z tym blogowaniem było? Pierwszy post na tym blogu pojawił się 7 maja 2013 roku (o w mordę jeża, przegapiłam urodziny bloga, które były 4 dni temu!!), Niekoniecznie pokazałabym się w tej stylówce teraz, ale wtedy cieszyłam się, że udało mi się zrobić pierwsze zdjęcia na bloga. Motorem napędowym pomysłu stworzenia swojego kawałka internetu była… Kasia Tusk! Od razu uprzedzam, że nigdy Kasi na żywo nie poznałam, a co za tym idzie żadnego słowa z nią nie zamieniłam, ale blog makelifeeasier był w tamtym czasie moim ulubionym miejscem w sieci (no i nadal jest w czołówce), dlatego zapragnęłam, że sama też “podobnego” bloga założę. Ciuchy lubiłam, jak chyba każda dziewczyna, zazwyczaj wynajdowałam je w lumpeksie za parę złotych, a potem słyszałam tylko pytania “gdzie to kupiłaś?”, a po chwili “chyba sobie jaja robisz, że w lumpeksie!”. Następnie do bloga dołączały nowe kategorie, począwszy przez podróże, po lifestyle i porady.

Blog powstał wcześniej, ale zanim odważyłam się coś tutaj opublikować minęło dobre pół roku, aż w końcu stwierdziłam, że trudno, albo zakładam teraz, albo wcale! Ktoś się ze mnie pośmieje, ktoś inny będzie patrzył na mnie z politowaniem, ale może komuś to co przedstawiam na blogu się spodoba. Najbardziej bałam się odbioru znajomych ze studiów, pewnie pomyślą sobie, że uważam się za niewiadomo kogo a na uczelnianych korytarzach będę mnie witać szydercze uśmiechy. Dlatego też na początku wysłałam adres strony tylko rodzinie i najbliższym znajomym. Stopniowo zaczęłam rozsyłać bloga także dalszym znajomym, potem prosiłam znajomych, żeby rozesłali swoim znajomych i jakoś to dalej poszło.

Na tym właśnie zdjęciu możecie zaobserwować prehistoryczne czasy mojego bloga! Szczególnie zdjęcia po prawej wymaga słowa komentarza:D Nie umniejszam w żaden sposób umiejętności Ilonki jako fotografa, ale co mnie pokusiło, żeby się tak ubrać, do dzisiaj nie wie nikt!

Przyznam się Wam także, że blog buycheaplookfit nie był moim pierwszym blogiem. Pierwszego bloga zaczęłam pisać chwilę po założeniu w domu internetu przez moich rodziców (czyli w wakacje po 1 gimnazjum). Na swoim pierwszym blogu pisałam jakieś zmyślone opowieści (nawet miała powstać z tego książka, ale coś nie pykło). Pamiętam, że dobrnęłam chyba do 8 rozdziałów, a historia opowieści toczyła się w jakimś dużym mieście i oczywiście głównymi bohaterami byli chłopak i dziewczyna, którzy spotkali się przypadkiem i zakochali w sobie od pierwszego wejrzenia:D Po pewnym czasie zapał do pisania romansidła dla nastolatków zniknął, a modne stało się prowadzenie blogów oceniających inne blogi. Nie trzeba było długo czekać żebym wraz z moimi dwoma przyjaciółkami stała się autorką takiego właśnie bloga. Ale i tutaj zapał minął dosyć szybko, po drodze miałam jeszcze chyba ze dwa blogi, z czego ostatni post ukazał się pod koniec 3 klasy gimnazjum. Jeśli jestem z matmy tak dobra za jaką się uważam, to będąc nastolatką blogowaniem zajmowałam się przez ok. 2 lata. I zastanawiam się, czy są tu osoby, które pamiętają jakie nagrody dostawało się w tamtych czasach za branie udziału we wszelkiego rodzaju konkursach czy ocenach bloga, a mam tu na myśli oczywiście “1 miejce – 100komciów! 2 miejsce – 50 komciów, 3 miejsce – 10 komciów”. O co chodziło z tymi komciami do teraz nie wiem, bo jeśli mnie pamięć nie myli, te komentarze z nagrody to było po prostu “komentarz”, a nie jakaś wartościowa wypowiedź:D
Takie tam na ściance 😀

Zostawiając starożytne czasy mojego blogowania i skupiając się na nowożytności przez cały okres, w jakim prowadzę tę stronkę, różnie to ze mną bywało. Na samym początku byłam bardzo regularna, potem przychodziła sesja, która brutalnie miażdzyła moje plany o częstym pisaniu. Po sesji przychodziły wakacje, a wraz z wakacjami wyjazdy,  co znowu łączyło się z blogową abstynencją. Po wakacjach następował nowy rok akademicki, wtedy blogowanie odżywało, leczy jedynie do dnia rozpoczęcia kolejnej sesji i taki schemat powtarzał się aż do momentu zdobycia przeze mnie wywalczonego we łzach i cierpieniu (nie, no żarcik) tytułu MGR INŻ. Myślałam, że na erazmusie blogowanie trochę odżyje, ale tam z kolei było tyle innych pochłaniających aktywności, że i posty też pojawiały się sporadycznie. Nadszedł w końcu upragniony koniec studiów (a po latach, a raczej miesiącach z łezką w oku wspomina się te piękne studenckie czasy), i wtedy obiecałam sobie, że będę blogować regularnie. Z lepszym bądź gorszym skutkiem staram się trwać w tym postanowieniu aż po dziś dzień.

Chciałam tu jeszcze napisać o moich przygodach z biznesową stroną blogowania. ale  o tym napiszę chyba innym razem, bo inaczej dzisiejszy post stałby się długi jak najdłuższa kaszanka na świecie (więcej info o najdłuższej kaszance świata), a ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależy, to zniechęcić i zanudzić moich czytelników:D Dlatego blogerska spowiedź jest w prawie jednym akcie.
Ciąg dalszy nastąpi!