utworzone przez Zakreecona | cze 21, 2017 | Podróże
Dzisiaj przed Wami luźny wspomnieniowy wpis z serii #niewiarygodnealeprawdziwe. O tym, że przygody znajdują mnie same, wiecie już doskonale z serii wpisów
Wpadki podróżnicze (tak nawiasem to już w przyszły czwartek
29 czerwca ukaże się kolejny wpis z tej serii, także ufam, że gromadnie tu przybędziecie!). O razu chciałabym też wspomnieć, że jeśli komuś z Was zdarzyła się kiedyś jakaś wpadka podróżnicza i chcielibyście zamieścić tę historię na moim blogu, czy to anonimowo, czy jako wpis gościnny, to zapraszam do zakładki kontakt!
No ale do rzeczy, przypuszczam, że przyszliście tutaj, by dowiedzieć się jak znalazłam się na kawie z gwiazdą portugalskiego Mam Talent. No to śpieszę z odpowiedzią!
Jak pewnie dobrze pamiętacie, bo niczym lektor z Trudnych Spraw powtarzam to za każdym razem, od września 2015 do lutego 2016 przebywałam na wymianie studenckiej Erazmus w Portugalii, a dokładniej w Porto (czyli najpiękniejszym miejscu na Ziemi, które pokochałam całym sercem!).
Nie mogę powiedzieć, żebym się tam jakoś specjalnie przepracowywała, dzięki czemu miałam dosyć dużo wolnego czasu, ale, że klimat oceaniczny chyba uderzył mi wtedy na mózg, to zbyt produktywnie tego czasu nie wykorzystywałam. Któregoś razu jednak udzielił mi się sportowy nastrój (może się naoglądałam Ewy Chodakowskiej lub Ani Lewandowskiej, nie pamiętam już), a że zajęć fitnessowych za bardzo nie lubię, to postanowiłam, że wybiorę się na zajęcia taneczne do
szkoły Momentum Dance Studio zlokalizowanej w centrum miasta. Na Facebooku był zamieszczony harmonogram, ja sprawdziłam sobie jakie zajęcia by mnie interesowały i jak postanowiłam, tak zrobiłam, czyli wyruszyłam z moim różowym plecaczkiem na podbój tanecznego świata!

No i tutaj jest własnie cały sprawca zamieszania – ten oto umieszczony u góry harmonogram. 5f to skrót od portugalskiego quinta feira, czyli czwarteku (quinta to pięć). A ja zamiast to sobie sprawdzić, pomyślałam sobie, że to jest z pewnością piątek, no bo piątek to przecież piąty dzień tygodnia no i to f czyli Friday – eh czasami się zastanawiam skąd ja wzięłam to wyższe wykształcenie…
No i wybrałam sobie zajęcia na godzinę 19 czyli Poping. Zachodzę sobie w piątek na godzinę 19 pod szkołę, a tam ani żywej duszy. Poszłam w lewo, poszłam w prawo, dalej nic. Zapytałam jakiegoś przypadkowego przechodnia, który znajdował się w tym samym budynku co szkoła, czy są tutaj zajęcia, a ten odpowiedział mi, że nic mu na ten temat nie wiadomo, ale drzwi zamknięte na cztery spusty, więc raczej nie…
No i już prawie zbierałam się z powrotem do domu, zawiedziona, że kolejny raz na dobrych chęciach się skończyło, aż nagle zauważyłam, że jakiś jegomość szedł w kierunku drzwi wejściowych do szkoły. Podobnie jak ja pocałował klamkę i spojrzał na mnie i zapytał, czy przyszłam na zajęcia, a jeśli tak, to dzisiaj zorganizowanych już nie ma, ale jak coś to mogę sobie potańczyć sama, jak on będzie trenował, bo ma jakiś występ dzisiaj, a jest tu instruktorem.
Tak właśnie było w tym naszym pięknym Porto!
Nie no super propozycja, ale raczej bym nie skorzystała. Okazało się jednak, że nie zdążyłam odmówić, bo ten uprzejmy Pan zapomniał kluczy, a drugi instruktor z kluczami już był za daleko, żeby się specjalnie wracać. Ja już wychodziłam z budynku, kiedy tajemniczy nieznajomy zapytał, czy się śpieszę i czy może, skoro nie udało nam się potańczyć mimo szczerych chęci, nie wybierzemy się w ramach pocieszenia na kawę do pobliskiej kawiarni (a musicie mi wierzyć, że w Portugalii kawiarnie są na każdym rogu, idziesz sobie ciemną uliczką, myślisz sobie, że pies z kulawą nogą tam nie zajrzy, ale na kawiarnię z kawą i ciastkiem za 1 euro na pewno natrafisz).
Pomyślałam sobie, czemu nie, Santa Catherina to główna ulica w Porto, więc raczej nic złego mi nie grodzi, a poza tym chciałam wyłączyć polskie myślenie, że każdy na pewno ma jakieś nieuczciwe zamiary.
Archiwalne zdjęcie, nie robiłam wtedy relacji live!
No i tak poszliśmy sobie na kawę, a tancerz zaczął mi pokazywać zdjęcia na instagramie na swoim koncie (które jak się okazało, było też instagramem ze zdjęciami szkoły tańca). Gdy zapytałam czemu na insta są też zdjęcia ze szkoły, odpowiedział po prostu, że jest jej właścicielem! Potem zaczął puszczać mi także filmiki jak on sam tańczy, no i muszę powiedzieć, że robiło to dosyć duże wrażenie. I w pewnym momencie między nami rozegrała się taka rozmowa:
– Łoł, powinieneś iść do Mam Talent! – Ja z gałami na wierzchu.
– Byłem już. -Tancerz z uśmiechem na ustach.
– Tak?! I jak Ci poszło?! – Ja z gałami na wierzchu i rozdziawioną paszczą.
-Zajęliśmy 2 miejsce. -Tancerz z jeszcze większym uśmiechem na ustach.
I wtedy ja mało nie zeszłam, a mój wyraz twarzy w tamtym momencie raczej nie był skalany inteligencją, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że znalazłam się na kawie z prawdopodobnie najlepszym portugalskim tancerzem i było to dla mnie lekko szokujące!
No i teraz, jeśli oczekujecie gorącej kontynuacji tej historii, jakoby portugalski tancerz szukał naiwnej erazmuski do jednorazowej przygody, to muszę Was zawieźć. Dopiliśmy kawę, Max (bo tak ma na imię) zaproponował podwózkę do domu (a uwierzcie, że w Portugalii to normalka, jeden Pan podwiózł kiedyś Kubę, gdy ten zapytał go bardzo późnym wieczorem o drogę na początku naszego pobytu w Portugalii, a nasz kolega po przylocie na lotnisko w Porto i udaniu się metrem do centrum miasta z całym swoim dobytkiem na najbliższe 5 miesięcy również skorzystał z uprzejmości pewnego Portugalczyka, który zaoferował mu podwiezienie) i pożegnaliśmy się. Tak się złożyło, że było to pierwsze, a zarazem nasze ostatnie spotkanie, ale z pewnością będę je zawsze mile wspominać.
Jak jest puenta tego wpisu?
- Nigdy nie wiesz kogo spotkasz na swojej drodze, więc różowy przedszkolny plecaczek to nie najlepszy pomysł jeśli wybierasz się do centrum miasta (i to takiego miasta!)
- Do komunikacji z drugim człowiekiem potrzebne są tylko dobre chęci (panowie którzy podwieźli Kubę i kolegę, słowa po angielsku nie umieli powiedzieć, ale bez problemu wszyscy się razem dogadali).
- Jest się dużo szczęśliwszym, gdy najpierw dostrzega się w drugiej osobie pozytywne cechy i nie upatruje się w każdym obcym i miłym dla nas człowieku jakiejś interesowności. Of course nie chodzi o to, żeby być naiwnym, np. jak idziecie do sklepu rozmienić pieniądze, przy okazji macie 10 lat, a po drodze spotkacie jakiegoś miłego Pana wyglądającego jakby lubił sobie chlapnąć bynajmniej nie wodę mineralną, a ten zechce Wam pomóc w tym rozmienianiu, a Wy tę pomoc przyjmiecie, to musicie wiedzieć że rodzice nie będą zadowoloni, bo do domu z pewnością wrócicie bez pieniędzy, a Pana raczej nie przyjdzie już Wam więcej zobaczyć. W mordę, trochę długie to zdanie napisałam, ale była to historia oparta na faktach, a tymi biedniejszymi o jeden banknot rodzicami byli właśnie moi rodzice, ale tu o dziwo, zaskoczę Was, nie ja byłam tym 10 letnim dzieckiem, lecz moja siostra!
PS Podaje Wam linki do profili na facebooku, instagamie grupy Momentun Crew, której Max jest członkiem i liderem:)
Momentum Crew na Facebooku
Max Momentum na instagramie
Na koniec jeszcze parę archiwalnych zdjęć mojego ukochanego Porto, ale być może już niedługo będę mogła zamieścić tutaj fotki jak najbardziej aktualne! Ale o tym już wkrótce!:)



Moja radosna wierszowana twórczość cieszy się na facebooku dosyć dużą popularnością, dlatego tutaj też wierszem zaproszę Was do polubienia mojego fanpage’a Zakreecona
PS Za archiwalne zdjęcia z Porto bardzo dziękuję Gosi!:)
utworzone przez Zakreecona | cze 16, 2017 | Rozkminki
Nie wiem czy to dobrze o mnie świadczy, że po publikacji posta
Publiczne przeprosiny za zniesławienie kilka osób (dosyć mi bliskich!) napisało do mnie prywatną wiadomość z pytaniem, czy to ich właśnie przepraszam (of course zrobili to jeszcze przed przeczytaniem wpisu)! Dlatego teraz ciekawi mnie, czy po dzisiejszym tytule również zostanę zasypana wiadomościami „No mam nadzieję, że w końcu mi podziękujesz za wszystko co dla Ciebie zrobiłam/em!”
Jakbym miała podziękować wszystkim osobom, które kiedyś w jakikolwiek sposób mi pomogły (chociażby zwykłym uśmiechem) prawdopodobnie, musiałabym pisać posty do końca życia i jeszcze jeden dzień dłużej tylko z tymi podziękowaniami (ponad 1000 znajomych na facebooku samo się nie zrobiło!).

Dlatego tym razem podziękowania zostaną skierowane tylko do 3 osób, ale za to bardzo ważnych!
Z tym Państwem dane mi było mieszkać przez prawie 3 lata podczas moich studiów we Wrocławiu (jak żeśmy to razem przeżyli i się nie pozabijali to do dzisiaj nie wiem), a w międzyczasie dołączyła jeszcze Panna Hanusia, moja ukochana Chrześniaczka (czyli córka Pana K. i Pani I.).
Powiem szczerze, że strasznie ciężko utrzymać mi w tajemnicy imprezy niespodzianki (nawet jakieś 2 chyba całkowicie przypadkiem zepsułam – tak teraz wylejcie na mnie wiadro śmierdzącego hejtu z tego powodu, sama wiem, że zasłużyłam!), ale jeśli chodzi o wieczór Panieński Ilonki, wszystko było dograne idealnie, sama jestem z siebie dumna, że tak udało mi się słówkiem nic nie pisnąć. Namówiłam jej koleżanki, by pytały się, czy ja (jak się jeszcze nie domyśliliście to informuję, że byłam świadkową!) organizuję jakiś wieczór, bo do ślubu coraz bliżej, a one jeszcze nie mają żadnej informacji. Nasza rozgrywka była wiarygodna do tego stopnia, że Krzysiu (czyli przyszły mąż) wziął mnie któregoś razu cichaczem na rozmowę i powiedział, że jak nie mam pieniędzy, by zorganizować panieński, to mi da, ale żebym zaczęła już coś organizować, bo Ilonka po nocach spać nie może z tego powodu. Wiele się nie pomylił, bo jako studentka I roku studiów oczywiście na nadmiar gotówki nie cierpiałam, ale bez przesady, jeśli chodzi o Panieński własnej siostry, choćbym miała sobie od gęby odkładać przez miesiąc, to bym imprezkę zorganizowała!
No ale zapomniałabym, że miałam podziękować! Ogólnie jest dosyć dużo rzeczy za które powinnam, a raczej MUSZĘ podziękować, ale nie będę wymieniać, bo nie chcę czytelnika zanudzać, dlatego głównie podziękuję I&K za moją kochaną Haneczkę (bo to akurat ich wspólna „sprawka”!)! A jak się komuś dziękuje, to wypada też dać jakiś prezent, a że ostatnio stuknęła Im piękna 5 rocznica ślubu, a w Ich kuchni podobnych kubków nie widziałam (a uwierzcie mi, że kuchnię I&K znam bardzo dobrze, bo nie raz studencki głód i koniec miesiąca mnie tam przygnął), to na taki drobiazg się zdecydowałam. Jeśli chcecie zamówić podobny prezent dla bliskim Wam osób, to sprawdżcie tutaj ofertę personalizowanych kubków.


Stół z lekka zakurzony…
Ja
Yyy, no sobie nie chcę za nic dziękować, ale uważam, że czasem bez okazji też jest fajnie dostać prezent, nawet od siebie samego! Zmieniłam nazwę bloga, szablon, na facebooku stuknęła mi piękna liczba 800 fanów (i obiecuję Wam ponad wszystko, że naprawdę wcale, ale to wcale, w żadnym wypadku się nie pogniewam, jak do do grona tych fanów dołączycie tutaj), no i z tego powodu wybrałam sobie na prezent bransoletkę ze srebrnym pozłacanym serduszkiem, gdzie wygrawerowana jest nazwa mojego bloga. Dumnie noszę tę bransoletkę na swoim lichym nadgarstku, a kogo nie spotkam, to od razu się tym chwalę.
PS Taką dziwną mam tutaj cerę, bo mnie ostro słońce tego dnia przyjarało!
Na koniec mam dla Was 3 pytania:
1) Komu chcecie dziś podziękować?
2) Co sądzicie o prezentach, które wybrałam? Na eprezenty.pl jest tak ogromny wybór, że chyba cały jeden długi wieczór spędziłam na wybraniu czegoś odpowiedniego dla moich bliskich (no i mnie samej).
3) Czy uważacie, że personalizowane prezenty to najlepsze prezenty pod słońcem?
Czekam na Wasze odpowiedzi w komentarzach!
utworzone przez Zakreecona | cze 5, 2017 | Outfit
Tak sobie ostatnio pomyślałam, że skoro seria podróżnicza (zapraszam na ostatni post
Wpadki podróżnicze – Bezludna wyspa)
cieszy się taką popularnością, to wypadałoby zrobić też taką regularną serię modową. Wprawdzie na blogu jest już parę serii, ale ukazują się one od okazji do okazji, dlatego teraz wszem i wobec oznajmiam Wam, że
Ciuchowy set za 50 zet będziecie mogli zobaczyć na blogu w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca!
Od razu mówię, że w skład ciuchowego seta będą wchodzić tylko ciuchy i ewentualnie dodatki. Już kilkukrotnie wspominałam, że na butach staram się jakoś specjalnie nie oszczędzać, a już szczególnie na tych codziennych, i mało prawdopodobne będzie zmieścić się w kwocie ok. 50 zł (bo jak trochę ją przekroczę to mi chyba wybaczycie?) razem z obuwiem. Tak samo sytuacja może wyglądać w zimie z kurtkami, ale kto wie, jak dostawy w lumpeksach okażą się łaskawe, wszystko jest możliwe.
Dzisiejszy set kosztował mne Kochani Moi – 33 zł (bez butów i bez bransoletek.)
Na końcu posta możecie sprawdzić dokładne ceny i marki!:)
Dowiecie się też, dlaczego lubię bluzki hiszpanki!
Zanim dam Wam odpowiedź na pytanie odnośnie bluzki hiszpanki, przedstawię pokrótce, jak wyglądało nasze jakże ciężkie erazmusowe życie w Portugalii (ma to znaczenie w tej historii!). Na Erazmusie byłam wprawdzie w semestrze zimowym, ale w Porto zamieszkaliśmy już od 11 września i tak się szczęśliwie nasz los ułożył, że do 5 października mieliśmy wolne. Wolny czas, nie poświęcaliśmy jednak, jak pewnie większość z Was uważa, na czytanie portugalskich książek, uczenie się portugalskich słówek czy zgłębienie wiedzy związanej z przedmiotami, które mieliśmy realizować. Dni upływały nam za to na:
- leżeniu plackiem na plaży (jednego dnia było 24 stopnie i całkiem duży wiatr, więc nie wiem jakim cudem spaliłam się na raczka, tak, że trzy dni próbowałam znaleźć sposób jak leżeć na łóżku, by żadną częścią ciała kołdry nie dotykać. Niestety nie udało mi się znaleźć na to metody, więc jeśli ktoś z Was zna, zapraszam na priv).
- lekcjach surfingu (ja byłam tylko na jednej, i starczyło mi, bo już podczas I lekcji myśłam, że ducha wyzionę, a jednak życia jest mi miłe)
- graniu w karuzelę (do gry potrzebna jest bramka i piłka nożna, liczba zawodników od 2 do ∞, po dokładne reguły zabawy zapraszam na priv)
- Piciu kawy i herbaty (a sporadycznie różnego rodzaju win, w tym Porto)
- graniu w mafię (nie mam pojęcia dlaczego prawie zawsze odpadałam 1 nocy, jeśli nie znacie tej zabawy, to przeczytajcie zasady gry w mafię)
- Chodzeniu na imprezy (i na tym punkcie się teraz zatrzymajmy)

I tak któregoś razu podczas jednej wieczornej imprezy staliśmy sobie z grupką innych studentów, prowadziliśmy international rozmowy i staraliśmy się polish nasz english. Rozmawialiśmy sobie tak bardzo przyjemnie, typowe small tacki no i w pewnym momencie jakiś chłopak zapytał mnie „Where are you from? Spain or Portugal?” Baaaang! Może na zdjęciu poniżej nie widać, ale po paru tygodniach w Portugalii byłam już trochę opalona (jak już mi ten świński czerwony w końcu szedł), dodatkowo ciemny włos lokowany i już mogłam podszywać się za jakąś daleką kuzynkę Penelope Cruze. Tylko to oko błękitne mnie zdradzało, ale przecież po ciemności można było nie zauważyć. No a przyznacie mi chyba racje, że za porównanie do rodaczki Pani Cruz chyba żadna dziewczyna by się nie pogniewała!
I nie wiem czy to ta sytuacja, czy może jednak świadomość, że w hiszpance źle wyglądać naprawdę jest bardzo trudno (bez względu na to jaką figurę posiadamy!), sprawiło, że zapałałam do tego rodzaju bluzek miłością prawie tak wielką jak do mojego ukochanego Porto (miasta, nie wina!).
PS Okazało się, że ten chłopak, który zapytał mnie o moją narodowość, też był Polakiem, i tak sobie rozmawialiśmy po angielsku parę minut, zanim udało nam się dojść do tego, że jesteśmy rodakami!
Fot. K.:*
Bluzka – New Look (łódzki SH 3 zł)
Spódnica- Sinsay (%%20 zł)
Sandały – New Look (%% 35 zł)
Okulary – Szachownica (10 lub 20 zł, nie pamiętam!)
Bransoletka – Apart (prezent)
PS Tak właśnie byłam ubrana podczas 2 dnia Blog Conference Poznań 2017
PS1 Na prawie każdy zdjęciu widać bransoletkę, ale niestety Apart nie jest sponsorem tego wpisu:D
A Czy Wy lubicie bluzki Hiszpanki? I co sądzicie o takich monochromatycznym połączeniu barw?
utworzone przez Zakreecona | cze 1, 2017 | Podróże, Rozkminki
Tym razem nie przeczytacie nic o Londynie, i tak dwie wpadki na dwie podróże to chyba bardzo dobry wynik. Historia z dzisiejszego wpisu wydarzyła się w trakcie mojego pobytu w Portugalii podczas wymiany Erazmus w październiku 2015 roku i uwaga nie ja będę tutaj główną bohaterką, ale byłam świadkiem tych zdarzeń i wiernie je Wam odtworzę.
A było to tak.
Wraz z grupką erazmusowych przyjaciół (
była z nas niezła międzynarodowa ekipka) postanowiliśmy skorzystać trochę z uroków życia polskiego studenta na obczyźnie (i to jakiej obczyźnie!). Podczas gdy w Polsce w niektórych miejscach już prószył śnieg, my cieszyliśmy się słoneczną pogodą pozwalającą na plażowanie. Na pierwszy cel naszych portugalskich podróży obraliśmy sobie południowe wybrzeże Algarve. Było już po sezonie, co oznaczało niższe ceny oraz brak tabunów turystów, a w efekcie zadecydowało o wyborze przez nas właśnie tego miejsca (
jeżeli chcecie zobaczyć jak tam było, zachęcam przeczytać moją relację z wycieczki Dzień 1 – Albufeira, Dzień 2 – Lagos, Dzień 3 – Bezludna wyspa).
Pierwszy dzień spędziliśmy na plażowaniu w Albufeirze (28 stopni i pełne słońce w 1 tygodniu października!). Drugiego dnia podczas wielkiej ulewy odkrywaliśmy uroki Lagos i odwiedziliśmy najdalej wysunięty na południowy zachód punkt Europy, czyli przylądek św. Wincentego. Mgła była jednak tak ogromna, że nic nie widzieliśmy (a ja jako okularnik bez okularów to już w ogóle nic), więc niestety nie powiem tutaj „Jak tam było pięknie, to niesamowite widzieć otchłań tego oceanu, chyba zaraz poryczę się ze szczęścia!”, bo po prostu widoczność moja ograniczała się prawie, że do czubka własnych butów. Niemniej jednak świadomość bycia w takim miejscu była bardzo miła.
Ale ja tu gadu, gadu, a przecież miało być o kolejnej podróżniczej wpadce.
Rzecz wydarzyła się trzeciego dnia naszej wycieczki…
Wycieczka trwała 3 dni, samochody mieliśmy wypożyczone tylko na 2, co według prostej kalkulacji oznaczało, że trzeciego dnia zostaliśmy bez własnego środka lokomocji. Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji (NIE, nic nie wydarzyło się w męskiej ubikacji!) zostawiliśmy bagaże na lotnisku w Faro i postanowiliśmy ruszyć w miasto! No dobra, trochę mnie poniosło z tym miastem. Okazało się, że są tam 2 ulice na krzyż, po sezonie turystycznym niemal całkowicie puste. Tak, ja też nie lubię, gdy jest głośno i tłoczno, ale jakąś knajpę, gdzie można zjeść cokolwiek, fajnie byłoby znaleźć. Na próżno było jednak szukać restauracji, która przyjmie 10 zgłodniałych studentów, na dodatek w porze siesty. Udaliśmy się więc do marketu, który poratował nas bułą i kiełbą (oraz czymś mocniejszym), dzięki czemu dane nam było przetrwać ten dzień do końca, nie umierając przy tym z głodu.

Przez parę minut patrzyliśmy się na siebie, coby tu robić, wszak samolot do Porto mieliśmy dopiero o 6 rano kolejnego dnia (tak, dobrze podejrzewacie, czekała nas nocka na lotnisku). Postanowiliśmy powłóczyć się trochę po „mieście” i przejść się czymś na kształt promenady. W pewnym momencie zaczepił nas tzw. Pan Naganiacz, jakich wielu w turystycznych miejscowościach, nawet po ścisłym sezonie i zaproponował nam wycieczkę na niewielką bezludną wyspę, oddaloną o ok. 40 minut rejsu od wybrzeża Faro, na której nie mieszka kompletnie nikt, ale znajduje się tam jedna restauracja, a do dyspozycji gości jest plaża. Z braku lepszych perspektyw, po wynegocjowaniu ceny za rejs, zadowalającej obie strony, zdecydowaliśmy się odwiedzić miejsce podobne do tego, gdzie Robinson Cruzoe spędził 28 lat swojego życia! Nie przeszkadzało nam, że żadne z nas nie miało przy sobie stroju kąpielowego, bo wszystkie ciuchy zostały w walizkach umieszczonych w schowkach na lotnisku. Liczyło się to, że udało nam się cudem ocalić ten dzień od zmarnowania i nudy! Z wesołymi humorami i odpowiednim zaopatrzeniem, które te humory podtrzymywało, ruszyliśmy w rejs, mając na uwadze, że ostatni kurs powrotny startuje z wyspy o godz. 18.00.
Na plaży radościom nie było końca. Okazało się, że oprócz nas na wyspie znajdują się jeszcze 2 osoby, więc praktycznie cała miejscówka była dla nas. Po krótkiej naradzie i obserwacji warunków atmosferycznych, stwierdziliśmy, że okoliczności przyrody są sprzyjające i grzechem nie byłoby zażyć kąpieli zarówno wodnych jak i słonecznych. Problem braku stroju kąpielowego okazał się być nieistotny, przecież do dyspozycji mieliśmy jeszcze własną bieliznę (trochę to była Januszada, ale przyznajcie sami szczerze, że nie mieliśmy innego wyboru!).
Na wyspie ogarnęła nas sielanka niczym w Soplicowie, chociaż okoliczności przyrody były z pewnością korzystniejsze. Jak prawdziwe okazało się przysłowie „Szczęśliwi czasu nie liczą”, bo ani się spostrzegliśmy, a tu prawie wybiła 18.00, czyli godzina naszego ostatniego powrotnego rejsu. Każdy zaczął zbierać swoje manatki (jednak niespiesznie, tak smutno było musieć stamtąd wracać!). I tu znowu w tej niespieszności się troszkę zatraciliśmy, bo doprowadziło to do tego, że kapitan statku, który miał nas zabrać do Faro, osobiście pofatygował się, by przyjść do nas na plażę i nas pogonić (spokojnie!! wyspa nie taka duża, zajęło to Panu pewnie jakieś 3 minuty, ale do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, że musiał to robić).
Nagle każdy odkrył w sobie umiejętność przebierania nogami szybciej niż Usain Bolt i wszyscy biegiem rzuciliśmy się w kierunku statku. I kiedy ja postawiłam nogę na pokładzie, kapitan kazał mi się odsunąć, wziął linę, zamknął wejście na statek i dał znać sternikowi, że możemy ruszać. Chciałoby się powiedzieć, „Uff, zdążyliśmy, mało brakowało, a trzeba byłoby przypominać sobie co Robinson Cruzoe, robił, żeby jakoś przetrwać na wyspie”.
TUTAJ NASTĘPUJĄ PUNKT KULMINACYJNY TEJ HISTORII.
Otóż nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ja. Dwie osoby, których imiona pozwolę sobie zmienić na potrzeby publikacji tego posta, nazwijmy je np. Genowefa i Gertruda nie zdążyły dotrzeć na pokład! Ja doskonale wiedziałam, że Genowefki i Gertrudki nie ma jeszcze na statku i gdy Kapitan odcumowywał statek, zaczęłam dosyć nerwowo i energicznie pokazywać mu, że to jeszcze nie wszyscy! Prosiłam, nawet chyba głos uniosłam, czego nie robię zazwyczaj, ale kapitan był nieugięty, pokazał jedynie znacząco na zegarek, sugerując, że już dawno po czasie, a wszystko skwitował jednym zdaniem „I am not Taxi Driver”…
To jest realne foto! Tak to wyglądało z naszej perspektywy (czyli tych co znajdowali się na statku).
Sytuacja wydawała się być patowa. Skontaktowałyśmy się z Dziewczynami, o których powiedzieć, że były przerażone, byłoby tak samo trafne jak to, że rekiny to takie słodkie rybki! Uwierzcie mi, wizja spędzenia nocy na bezludnej wyspie, tylko w książkach wygląda na super przygodę (no w prawdziwym życiu też może, ale pod warunkiem, że jest trochę więcej osób, niż dwie bezbronne istoty płci żeńskiej!). Obiecaliśmy G&G, że wyratujemy je z tarapatów i jak już będziemy na lądzie, to załatwimy by jakiś rycerz na białym jachcie przypłynął z nimi z powrotem do nas.
Rozłączyliśmy się i rozpoczęliśmy przygotowania do wprowadzenia w życie planu odbicia dziewczyn z terenu wyspy. Nie minęło 5 minut naszej strategicznej narady i wymyślania, jak to nawtykamy właścicielowi albo komuś odpowiedzialnemu, gdy nagle któremuś z naszej ósemki zadzwonił telefon. To były G&G. Po drugiej stronie słuchawki próżno było szukać jednak przerażonego głosu, rzekłabym nawet, że nastąpiło totalne odwrócenie nastrojów! Otóż okazało się, że Dziewczyny podeszły do 2 rybaków, którzy jakimś dziwnym trafem znaleźli się na wyspie w tym samym czasie, w którym startował ostatni rejs i zapytały, czy panowie „podwiozą” je do Faro. Przyjemność taka, po paru chwilach negocjacji, miała kosztować Dziewczyny 20 euro za łebka (przy czym podróż statkiem w obie strony zamykała się w 10 euro), Oprócz straty finansowej, innych szkód nie zarejestrowano i G&G dotarły całe i zdrowe jakieś 25-30 minut po nas, rozpromienione, że tak zgrabnie udało się im wyjść z opresji!.
PS Do teraz nie wiemy jak kapitan mógł zostawić turystów na bezludnej wyspie, wiedząc, że to ostatni kurs tego dnia. Do głowy przychodzi tylko jedno rozwiązanie – jakaś sztama między firmą, a rybakami.. Firma ma już za bilet zapłacone (bo przecież nie można zwrócić ani reklamować połowy biletu!), a rybacy dorobią sobie na waciki dzięki spóźnialskim klientkom. Czy tak było naprawdę? Nie wiadomo.
A co wiadomo? Morał jest jeden. Szczęśliwi rzeczywiście czasu nie liczą, ale trzeba jednak pamiętać, że czas to pieniądz!
Dajcie znać jak podobała się Wam ta historia, a jeśli chociaż raz wzbudziłam uśmiech na Waszej twarzy, to zaobserwujcie mnie na
na Facebooku! – chętnie będę rozbawiać Was częściej 😀
utworzone przez Zakreecona | maj 30, 2017 | Outfit
W ubiegły weekend miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w jednym z największych eventów dla blogerów w naszym kraju, mianowicie w Blog Conference Poznań. Dzisiaj nie będę się rozwodzić na temat moich odczuć na temat tego spotkania, bo mam zamiar pobawić się w Qentina Tarantino, albo innego Woody’ego Allena i sklecić dla Was osobny post w tym temacie z krótkim podsumowaniem wideo. Po szybkim przejrzeniu nagranego przeze mnie materiału filmowego mogę stwierdzić, że prawdopodobieństwo otrzymania Złotej Maliny za ten filmik (jak już go skleję) będzie bardzo duże (wygląda tak, jakby kamerzyście się dosyć ostro trzęsła ręka, ale dobra nie będę spojlerować!).
Tymczasem prezentuję Wam zdjęcia stylizacji z 1 dnia blogerskiej konferencji. Czy ktoś z Was był na tym wydarzeniu? Jeśli tak, to chętnie dowiem się tego z komentarzy pod tym postem i już góry wyrażę głębokie ubolewanie, że nie udało nam się porozmawiać (o ile się nie udało, bo jednak z paroma osobami jakieś słowo zamieniłam!).
Muszę siebie sama pochwalić, że na wyjazdy nie pakuję już całej walizki na oślep, a przemyśliwuję co mam na siebie ubrać danego dnia, dzięki czemu udaje mi się oszczędzić trochę, jakże cennego miejsca. Tym razem zaoszczędzone miejsce przeznaczyłam na komputer, którego nie udało mi się otworzyć ani razu w sobotę, ani w niedzielę, co oznacza, że w kwestii pakowania na wyjazdy muszę się jeszcze sporo nauczyć, bo jednak coś tutaj nie pykło!
A tu na zdjęciu możecie mnie zobaczyć z Kasią z
Inspiruj siebie. Z Kasią poznałyśmy się jakieś 3 lata temu na
Gali Vip Tester Schwarzkopf w Warszawie i znowu nasze drogi się skrzyżowały. Kasia pochodzi z Lublina i jest wielką pasjonatką i propagatorką folkloru. Dodatkowo uwielbia podróżować i tańczyć (m.in. prowadzi grupę baletową). No po prostu człowiek orkiestra! Cieszę się, że miałyśmy okazję się kolejny raz zobaczyć i mam nadzieję, że następne spotkanie nastąpi niedługo!
Fakt, na dworze było ciepło, ale bez tej bluzy siedzenie pół dnia w klimatyzowanym pomieszczeniu byłoby po prostu udręką.
PS Do „włosowego” posta zabieram się już bardzo długo, ale jest duże prawdopodobieństwo, że już w weekend uda mi się przygotować odpowiednie zdjęcia i dowiecie się jak na przestrzeni lat udało mi się ujarzmić moje loki!
Szorty mają wiele zalet, ale jednak nosząc je trzeba uważać, by nie uchylić zbyt dużego rąbka tajemnicy (if you know what I mean), szczególnie w wersji miejskiej, bo będzie to po prostu niesmaczne i nieestetyczne. Na trochę więcej możemy pozwolić sobie w stylizacji wakacyjno plażowej, ale tutaj też zalecałabym umiar. Dlatego właśnie jestem zdania, że zawsze warto zapytać kogoś zaufanego, czy nasze szorty zasłaniają to co powinny!
Spodenki – Pull&Bear (%% 9 zł)
Bluzka – Pull and Bear (%% ok. 20zł)
Buty- Lasocki (%% ok. 95 zł)
Pasek – reserved (40 zł)
Bomber Jacket – New Look (%% 35 zł)
Plecak – Gerry Webber (prezent)
Okulary – Szachownica (ok. 20 zł)
Bransoletka – Apart
utworzone przez Zakreecona | maj 25, 2017 | Moda
Mieszkam w Łodzi, co raczej nie jest tajemnicą, a już szczególnie dla tych, którzy czytali moje
publiczne przeprosiny za zniesławienie. A z czym kojarzy się Wam Łódź oprócz Piotrkowskiej i Manufaktury? A no właśnie Manufaktury? Co to w ogóle jest ta Manufaktura, albo może lepiej zapytam czym była? Bo to, że teraz to rozrywkowe serce Łodzi, nie ulega żadnej wątpliwości.
Wygooglujcie sobie więcej, bo ja rzucę tylko zajawkę. Manufaktura powstała w miejscu fabryki włókienniczej przetwórstwa bawełny wzniesionej w latach 1872-1892, której właścicielem był Izrael Poznański (pozwolę sobie w tym momencie uciąć temat, bo o Panu Poznańskim przeczytacie tutaj innym razem). Podobnych fabryk było w Łodzi więcej. Tak jak Śląsk miał swoje kopalnie, tak Łódź miała swoje fabryki włókiennicze. Mówię w czasie przeszłym, bo przemysł włókienniczy nie funkcjonuje już tak prężnie jak kiedyś, ale nadal Łódź jest w głównej mierze kojarzona z tą gałęzią gospodarki.
Nie powinno więc dziwić, że pewien człowiek ze smykałką do biznesu, pan Antoni o wdzięcznym nazwisku Ptak, postanowił, że to właśnie pod Łodzią, w miejscowości Rzgów, zbuduje swoje własne modowe imperium i nazwie je (ku zaskoczeniu!)
PTAK FASHION CITY. Wiedzieliście, że w Ptaku
ubiera się pół Polski, nawet jeśli o tym nie wie?
Zgrzeszyłabym, gdybym na własne oczy nie przekonała się, co oferuje to łódzkie modowe imperium, dlatego korzystając z pięknej pogody i jednego z moich ostatnich wolnych weekendów aż do końca lipca, postanowiłam wsiąść w atobus linii 52 i wybrać się do Rzgowa.
Ptak Fashion City zlokalizowane jest po dwóch stronach dwupasowej jezdni, przy czym po jednej stronie znajdują się
hale przeznaczone do zakupów hurtowych, w tym hala chińska, gdzie już od 5 rano sprzedawcy z całej Polski zaopatrują się w towar. Tam nie byłam, więc na ten temat nie będę się wypowiadać.
Po drugiej ulicy znajduje się natomiast
Ptak Outlet ponoć największe centrum outletowe w tej częście Europy. Byłam, zobaczyłam i to co mogę powiedzieć, to jest to centrum handlowe takie jak każde inne tego typu jak np.
Factory Annopol w Warszawie, cz
y Wrocław Fashion Outlet. Sklepy jak wszędzie, ceny takie jak w outletach, a więc standard. Na pochwałę z pewnością zasługuje design, bo nawiązuje do fabrykanckiej historii Łodzi.
To co jednak bardzo mnie zainteresowało i myślę, że zainteresuje także Was, to
Ptak Moda, czyli Dom Mody Polskich Producentów. W Środku wygląda jak wielki hipermarket, z tym, że jedynym towarem są ubrania. Można tam kupować zarówno w hurcie jak i w detalu.
Jeśli jesteście zwykłym klientem jak ja, bierzecie sobie taki oto wózek (swoją drogą chętnie przygarnęłabym taki do swojej garderoby) i zaczynacie podróż między alejkami, w poszukiwaniu ciuchowych perełek. Co ciekawe, na metkach nie ma cen, jeśli chcecie wiedzieć, ile dany towar kosztuje, musie zeskanować kod w jednym z czytników, które są zlokalizowane w różnych miejscach hali. Początkowo wydawało mi się, że to głupie rozwiązanie, ale z drugiej strony, w sytuacji promocji, wystarczy zmienić jedynie cenę w systemie i nie trzeba naklejać tych wszystkich pomarańczowych promocyjnych nalepek, dzięki czemu oszczędza się czas i papier.


Jedno co mogę powiedzieć, to to, że w hali absolutnie nie ma żadnego syfu. Prawdopodobnie wynika to z tego, że wszystko jest na wieszakach, a nie poukładane na stołach. Dodatkowo nie znajdzie się tam ubrań za pół darmo, a po oczach nie biją banery „wyprzedaż 80%”, co mogłoby zwabić tabuny klientów spragnionych zaoszczędzić trochę grosza. Pozwolę sobie powiedzieć, że nie jest ani tanio, ani drogo a patrząc na te ubrania, uważałam, że były one warte swojej ceny.
Znalazłam nawet producenta ubrań Monika (!), jednakże styl nie do końca mi odpowiadał, ale może za jakiś czas, znajdę w ich asortymencie coś dla siebie.
Jeśli znudziły się Wam sieciówki i chcecie wesprzec rodzimy przemysł, to z pewnością Ptak Moda przypadnie Wam do gustu. A jeśli nie po drodze Wam do Łodzi, to spróbujcie znaleźć coś na ich stronie, gdzie czeka na Was
powitalny rabat 50 zł wraz z darmową dostawą.
Słyszałyście o tym centrum handlowym, albo miałyście okazję tam robić zakupy? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!
utworzone przez Zakreecona | maj 15, 2017 | Outfit, Rozkminki
Kiedy dowiedziałam się, że przez 6 miesięcy będę mieszkać w Łodzi, nie byłam do końca zadowolona. Abstrahując od tego, że nie miałam tam za wielu znajomych, bo w większości wyjechali do stolicy, wydawało mi się, że Łódź raczej nie zachwyca architekturą (żeby kolokwialnie nie powiedzieć, że jest po prostu paskudna). Zawsze, gdy bywałam tam przejazdem Polskim Busem w drodze do Warszawy, wydawało mi się, że świat nagle tracił kolory, a wszystko stawało się szare i nijakie. Nadszedł luty, a więc czas mojej przeprowadzki i ja z bólem serca opuściłam tętniącą życiem stolicę i uwierzcie mi, raczej nie wypowiadałam się wtedy pochlebnie o moim przyszłym miejscu zamieszkania.
Dlatego teraz wszem i wobec chciałabym publicznie przeprosić:
Droga Pani Łódź, Łódeczko kochana (nie mylić z wódeczko)!
Bardzo przepraszam, że się do Ciebie uprzedziłam. To wstyd i hańba, żeby wykształcony człowiek uważający się za tolerancyjnego i światłego w wielu dziedzinach, tak brzydko Cię potraktował. Cofam wszystkie złe słowa, jakie wypowiedziałam na Twój temat.
A przede wszystkim cofam jedno zdanie, które powtarzałam jak mantrę „Łódź to tylko Piotrkowska i Manufaktura„.
Proszę ja Was Kochani Moi i proszę ja Panią, Pani Łódź, oprócz Piotrkowskiej i Manufaktury, jest tu wiele innych wspaniałych miejsc, o których będę tutaj pisać lub wcześniej pisałam (np. w poście o Manufakturze lub o niebieskich skarpetkach w Niebostanie)
Na przeprosiny daję Pani ten oto post i jeszcze parę innych, które ukażą się w przyszłości, w których będę takim niedowiarkom jak ja niegdyś byłam, udowadniać, że nie jest Pani taka brzydką, na jaką Pani z początku wyglądała. A dzisiaj, żeby Pani ul. Piotrkowska nie poczuła się obrażona, że ją chcę z grona ciekawych łódzkich miejsc wyrzucić, post dedykuję właśnie niej!


Żeby było ciekawie, zdjęcia zrobione były na przełomie marca i kwietnia, w ten ciepły weekend, po którym na powrót nastąpiła zimo-jesień.

Spodnie – New Look (%% 10 zł w Galerii Łódzkiej, ale już zamknęli mi ten sklep:()
Bluzka – New Yorker (% 12 zł)
Sandały – Promod (%% 39 zł)
Okulary- Szachownica (10zł)
Torba – Zalando (Anna Field, ok. 50 zł)
Naszyjnik- Reserved (Factory, ok 15 zł)
Znana miejscówka na Piotrkowskiej, szczególnie młodemu łódzkiemu pokoleniu. Jak można przeczytać na stronie
OFF Piotrkowska jest to centrum przemysłów kreatywnych. Znajdziemy więc tam klubokawiarnie, pracownie projektantów mody i architektów, kluby muzyczne i wiele innych miejsc próbujących wyrwać się z tzw. mainstreamu. Warto tam się wybrać, szczególnie jeśli pretenduje się do miana HIPSTERA.
Księgarnia, która zaskoczyła mnie swoją nazwą, niestety nie mam zdjęcia pierwszej witryny gdzie jest napisane „BOOK SIĘ RODZI”.
Toż to oczywiście nie kto inny jak Miś Uszatek! Wiedzieliście, że w 1975 roku Studio Małych Form Filowych Se-ma-for w Łodzi, na zlecenie TVP rozpoczęło produkcję lalkowego serialu z Misiem Uszatkiem w roli głównej? W Łodzi istnieje szlak turystyczny prowadzący śladami małych pomników bohaterów bajek nakręcocnych w Studio Se – ma- for.
Kolejne posty dotyczące Łodzi, już w przygotowaniu:) Jeśli post się Wam spodobał i chcecie być na bieżąco, ze wszystkim co się tutaj dzieje , zapraszam Was do polubienia mnie na Facebooku!
utworzone przez Zakreecona | maj 11, 2017 | Rozkminki
Moi Drodzy! Na wstępie chciałabym przeprosić za długą przerwę, która wyniknęła trochę z majówkowego okresu, a trochę z braku czasu. Ostatni post napisałam 27 kwietnia! Więcej grzechów nie pamiętam! A abstynencja na blogu to moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Dlatego właśnie teraz błagam Was o przebaczenie i obiecuję poprawę oraz zadośćuczynienie!
Mam nadzieję, że większość z Was zauważyła, że blog zmienił nazwę oraz logo. Zniknęło moje kochane, cholernie długaśne i trudne do zapamiętania „Buy cheap look fit” widoczne poniżej, a pojawiło się www.zakreecona.pl. Z zamiarem przejścia na własną domenę mierzyłam się już dawno i w końcu się udało. A z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować mojej przyjaciółce Yogili za piękne logo, które dla mnie przygotowała. Nie byłam łatwą klientką, ale Yogili wybaczyła mi grymaszenie i przygotowała znak graficzny, który jest dla mnie idealny!:)
Cześć pamięci starej nazwy mojego bloga!
Jak się zapewne domyślacie, nazwa „Zakreecona” nie wzięła się z kosmosu. Osoby które mnie znają, wiedzą, że nie jestem najspokojniejszą i najbardziej poukładaną osobą na świecie. A moich włosów też nikt raczej nie nazwałby prostymi. A jeśli mam być szczera, to pomysł na nazwę podsuneliście mi Wy, kochani Czytelnicy, bo jak przejrzałam swoje komentarze, to wzmianka o włosach pojawiała się naprawdę niewiarygdnie często, chociaż żaden post nie był stricte związany z włosami (tak tylko w kwestii formalności, żadna tam ze mnie włosomaniaczka, ot po prostu próbuję tylko swoje kłaczki ogarnąć w miarę możliwości i całe szczęście coraz lepiej mi się to udaje).
Ale do rzeczy. Jak to u mnie z tym blogowaniem było? Pierwszy post na tym blogu pojawił się 7 maja 2013 roku (o w mordę jeża, przegapiłam urodziny bloga, które były 4 dni temu!!), Niekoniecznie pokazałabym się w tej stylówce teraz, ale wtedy cieszyłam się, że udało mi się zrobić pierwsze zdjęcia na bloga. Motorem napędowym pomysłu stworzenia swojego kawałka internetu była… Kasia Tusk! Od razu uprzedzam, że nigdy Kasi na żywo nie poznałam, a co za tym idzie żadnego słowa z nią nie zamieniłam, ale blog makelifeeasier był w tamtym czasie moim ulubionym miejscem w sieci (no i nadal jest w czołówce), dlatego zapragnęłam, że sama też „podobnego” bloga założę. Ciuchy lubiłam, jak chyba każda dziewczyna, zazwyczaj wynajdowałam je w lumpeksie za parę złotych, a potem słyszałam tylko pytania „gdzie to kupiłaś?”, a po chwili „chyba sobie jaja robisz, że w lumpeksie!”. Następnie do bloga dołączały nowe kategorie, począwszy przez podróże, po lifestyle i porady.
Blog powstał wcześniej, ale zanim odważyłam się coś tutaj opublikować minęło dobre pół roku, aż w końcu stwierdziłam, że trudno, albo zakładam teraz, albo wcale! Ktoś się ze mnie pośmieje, ktoś inny będzie patrzył na mnie z politowaniem, ale może komuś to co przedstawiam na blogu się spodoba. Najbardziej bałam się odbioru znajomych ze studiów, pewnie pomyślą sobie, że uważam się za niewiadomo kogo a na uczelnianych korytarzach będę mnie witać szydercze uśmiechy. Dlatego też na początku wysłałam adres strony tylko rodzinie i najbliższym znajomym. Stopniowo zaczęłam rozsyłać bloga także dalszym znajomym, potem prosiłam znajomych, żeby rozesłali swoim znajomych i jakoś to dalej poszło.

Na tym właśnie zdjęciu możecie zaobserwować prehistoryczne czasy mojego bloga! Szczególnie zdjęcia po prawej wymaga słowa komentarza:D Nie umniejszam w żaden sposób umiejętności Ilonki jako fotografa, ale co mnie pokusiło, żeby się tak ubrać, do dzisiaj nie wie nikt!
Przyznam się Wam także, że blog buycheaplookfit nie był moim pierwszym blogiem. Pierwszego bloga zaczęłam pisać chwilę po założeniu w domu internetu przez moich rodziców (czyli w wakacje po 1 gimnazjum). Na swoim pierwszym blogu pisałam jakieś zmyślone opowieści (nawet miała powstać z tego książka, ale coś nie pykło). Pamiętam, że dobrnęłam chyba do 8 rozdziałów, a historia opowieści toczyła się w jakimś dużym mieście i oczywiście głównymi bohaterami byli chłopak i dziewczyna, którzy spotkali się przypadkiem i zakochali w sobie od pierwszego wejrzenia:D Po pewnym czasie zapał do pisania romansidła dla nastolatków zniknął, a modne stało się prowadzenie blogów oceniających inne blogi. Nie trzeba było długo czekać żebym wraz z moimi dwoma przyjaciółkami stała się autorką takiego właśnie bloga. Ale i tutaj zapał minął dosyć szybko, po drodze miałam jeszcze chyba ze dwa blogi, z czego ostatni post ukazał się pod koniec 3 klasy gimnazjum. Jeśli jestem z matmy tak dobra za jaką się uważam, to będąc nastolatką blogowaniem zajmowałam się przez ok. 2 lata. I zastanawiam się, czy są tu osoby, które pamiętają jakie nagrody dostawało się w tamtych czasach za branie udziału we wszelkiego rodzaju konkursach czy ocenach bloga, a mam tu na myśli oczywiście „1 miejce – 100komciów! 2 miejsce – 50 komciów, 3 miejsce – 10 komciów”. O co chodziło z tymi komciami do teraz nie wiem, bo jeśli mnie pamięć nie myli, te komentarze z nagrody to było po prostu „komentarz”, a nie jakaś wartościowa wypowiedź:D
Takie tam na ściance 😀
Zostawiając starożytne czasy mojego blogowania i skupiając się na nowożytności przez cały okres, w jakim prowadzę tę stronkę, różnie to ze mną bywało. Na samym początku byłam bardzo regularna, potem przychodziła sesja, która brutalnie miażdzyła moje plany o częstym pisaniu. Po sesji przychodziły wakacje, a wraz z wakacjami wyjazdy, co znowu łączyło się z blogową abstynencją. Po wakacjach następował nowy rok akademicki, wtedy blogowanie odżywało, leczy jedynie do dnia rozpoczęcia kolejnej sesji i taki schemat powtarzał się aż do momentu zdobycia przeze mnie wywalczonego we łzach i cierpieniu (nie, no żarcik) tytułu MGR INŻ. Myślałam, że na erazmusie blogowanie trochę odżyje, ale tam z kolei było tyle innych pochłaniających aktywności, że i posty też pojawiały się sporadycznie. Nadszedł w końcu upragniony koniec studiów (a po latach, a raczej miesiącach z łezką w oku wspomina się te piękne studenckie czasy), i wtedy obiecałam sobie, że będę blogować regularnie. Z lepszym bądź gorszym skutkiem staram się trwać w tym postanowieniu aż po dziś dzień.
Chciałam tu jeszcze napisać o moich przygodach z biznesową stroną blogowania. ale o tym napiszę chyba innym razem, bo inaczej dzisiejszy post stałby się długi jak najdłuższa kaszanka na świecie (więcej info o
najdłuższej kaszance świata), a ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależy, to zniechęcić i zanudzić moich czytelników:D Dlatego blogerska spowiedź jest w prawie jednym akcie.
Ciąg dalszy nastąpi!
utworzone przez Zakreecona | kwi 27, 2017 | Podróże
Londyn jak dotąd miałam okazję odwiedzić 2 razy (na dodatek w krótkim odstępie czasu) i za każdym razem była to wizyta w pewien sposób niezapomniana. Mało mi było przygód podczas listopadowej wycieczki: co tam zgubić swojego chłopaka na stacji metra, nie wiedzieć do końca, gdzie mieszka host u którego mamy spać, a po angielsku umieć powiedzieć 2 słowa na krzyż. Dlatego też postanowiłam, że podczas wrześniowego wyjazdu znowu coś zmajstruję. (Heloł, oczywiście, że tak nie postanowiłam, ja zawsze chcę być jak najbardziej ułożona, mieć wszystko zaplanowane i nigdy nie szukam guza, ale nic nie mogę poradzić, że te wszystkie tajemnicze przypadki i przygody zawsze jakimś dziwnym trafem znajdują akurat mnie.)
Co więc przytrafiło mi się tym razem?
kk
k
Wrzesień 2014. Wyczekiwane wakacje w końcu nadeszły. W planach był samolotowo – autobusowy eurotrip (więcej o tej wycieczce pisałam Tutaj). Londyn był ostatnim przystankiem naszych europejskich wojaży, potem mieliśmy wracać na stare śmiecie do ukochanego Wrocka. Wyjazd w swym założeniu miał być wyjazdem budżetowym (co nie było łatwe do zrealizowania zważając, że odwiedzaliśmy jedne z najdroższych europejskich stolic Amsterdam, Paryż, Londyn). Dlatego jakieś 2-3 tyg. przed planowanym terminem początku podróży zapytaliśmy Stevena (hosta, który gościł nas podczas naszej pierwszej wizyty, a którego poznaliśmy dzięki couchsurfing) czy zechce na 2 noce przygarnąć dwie zbłądzone i spragnione zwiedzać świat owieczki z Polski. Steven chętnie przystał na naszą propozycję, a my w ramach wdzięczności postanowiliśmy przywieźć mu z PL ognistą wodę.

Na 3 dni przed naszym przybyciem do Londynu jeszcze raz napisałam do Stevena, by upewnić się czy o nas pamięta. I tak siedząc sobie beztrosko i zajadając śniadanko na murku pod Luwrem, dostałam od Stevena smsa, w którym poinformował nas, że na śmierć zapomniał o naszej wizycie! Dodatkowo okazało się, że w tym samym czasie z Meksyku przylatuje jego dziewczyna (nie, nie była tam na wycieczce, jest Meksykanką). No i Steven zaproponował, że jedną noc możemy u niego spędzić, ale drugą już nie da rady, co było całkowicie zrozumiałe, zważając na fakt, że Steven miał kawalerkę (ale za to taką, żeby gały na wierzch wyszły), a z dziewczyną nie widywali się za często.
Troszkę podłamani, bo fundusze podczas ostatnich dni eurotripa były już doszczętnie stopione (ale oczywiście miałam odłożone parę funtów na zakupy w Primarku), postanowiliśmy znaleźć sobie jakieś lokum na tę jedną noc. Steve udostępnił nam komputer, a ja pamiętałam, że posiadałam zniżkę na jakiejś stronie rezerwacyjnej. Rozpoczęliśmy poszukiwania.
Kryterium: bliska lokalizacja od mieszkania Stevena, cena niezwalająca z nóg (kryterium praktycznie nie do spełnienia), pokój 2 osobowy (ale jak się okazało, wieloosobowe pokoje wcale nie były wiele tańsze).
Hyde Park
Gdy już zaczęłam wpadać w lekką panikę, bo w myślach ukazała mi się wizja spędzenia nocy w jakiejś zatęchłej knajpce albo pod jakimś mostem (oczami wyobraźni widziałam czyhających na nas dementorów i co gorsza śmierciożerców!), na stronie rezerwacyjnej ujrzałam ofertę, na którą ostatecznie byliśmy w stanie przystać. Cena za nas dwoje już po zniżce wynosiła grubo powyżej 200 zł (a była to najtańsza oferta, mam nadzieję, że czujecie jakie katusze przeżywałam ja – łowczyni okazji, nie mogąc znaleźć atrakcyjnego noclegu w cenie niższej niż 15 eur/os.), ale była zlokalizowana blisko Stevena (czyli Kensigston Garden i Hyde Parku, więc super miejscówka), w cenie mieliśmy śniadanie no i hotel reklamował się na 3 gwiazdkowy. Mówimy, dobra, raz się żyje, jedną noc pożyjemy w Londynie jak paniska! Bez zastanowienia kupiłam ofertę bez możliwości zwrotu (była trochę tańsza), sfinalizowałam transakcję i ucieszona, że uniknęliśmy wizji wałęsania się po nocy z walizami, z poczuciem dobrze wykonanego zadania, chciałam położyć się spać.
Nie wiem co tknęło Kubę, czy to jakiś szósty zmysł, czy może brak wiary w moje umiejętności organizatorskie, by jeszcze raz sprawdzić adres hotelu. Zgodnie z Jego wolą skopiowałam adres: ulica i kod pocztowy, następnie wkleiłam w znaną i lubianą przeglądarkę Google Maps. Co się stało po naciśnięciu przyciska enter nie śniło się nawet FIZJONOMOM.
Ten sam hotel, który jeszcze przed chwilą znajdował się w ścisłym centrum miasta Królowej Elżbiety, nagle w jakiś zaczarowany sposób znalazł się w szóstej strefie Londynu! Może zademonstruję jak to wyglądało z naszej strony:
Na nic zdało się powtórne kopiowanie i wklejanie adresu, Hotel znajdował się w 6 strefie i za żadne skarby nie chciał wrócić do centrum! No i teraz nasuwa się pytanie: jakim cudem ten hotel na początku znalazł się w centrum, skoro nigdy tam nie był?
Nie, to nie urojenia w mojej głowie, to nie żaden sen na jawie ani też żadna siła nieczysta. To była po prostu moja głupota. Przed kupnem noclegu zamiast skopiować cały adres hotelu wraz z kodem pocztowym, skopiowałam jedynie ulicę, będąc przekonana, że te kody podawane przy każdym londyńskim adresie, to pewnie mają jakieś znaczenie jak się kartki z wakacji wysyła, a nie sprawdza położenie na mapie. No cóż. Pomyliłam się, a ta pomyłka kosztowała nas ponad 200 zł za hotel i dodatkowe 5,5 funtów za osobę na dojazd z centrum do hotelu (czyli 11 funtów w dwie strony, co w przeliczeniu oznacza 55 polskich złotych!!). Domyślacie się pewnie, że zakupy w Primarku ograniczone zostały do minimum, a ostatniego dnia przed wydaniem każdego funta, zastanowiliśmy się dokładnie 10 razy.

Nadszedł wieczór, wsiedliśmy do metra (poprzedniego wieczoru u Stevena sprawdziliśmy trasę), a podróż dłużyła się niczym przejazd koleją transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku (krajobrazy również podobne). Wysiedliśmy na stacji mając nadzieję, że nasz hotel znajduje się w pobliżu. Wychodzimy na zewnątrz, a tam ani żywej duszy, no może nie licząc śpiącego kierowcy w czerwonym autobusie zaparkowanym na przystanku. Moja komórka tradycyjnie rozładowana, Kuby komórka z dzwonkami monofonicznymi (może nie aż tak, ale z Internetu skorzystać nie mogliśmy), a my zdezorientowani z bagażami, bez pieniędzy i bez bladego pojęcia, w którym iść kierunku.
Poszliśmy do pobliskiej kebabowni, gdzie jak zobaczyli adres, pod który chcemy trafić, powiedzieli jedynie „Oh My GOD, so far!”, co prawdopodobnie miało oznaczać, że nie wysiedliśmy na tym przystanku, co potrzeba.
Cóż mieliśmy począć? Dwoje ludzi, super studenci, w liceum same piątki, a nie potrafili kupić noclegu w centrum Londynu, ani dokładnie sprawdzić trasy. W tamtym momencie do głowy przyszło nam jedynie wrócić w okolice stacji metra i próbować obudzić kierowcę z czerwonego busa. Po dwukrotnym zapukaniu w szybkę, kierowca otworzył jedno oko i prawdopodobnie widok dwojga zdesperowanych ludzi sprawił, że uchylił szybę i zapytał o co kaman. Pokrótce opowiedzieliśmy mu historię naszego życia, na co kierowca stwierdził, że będzie jechał w tamte okolice i jak mamy bilety to nas podwiezie.
Jak prawdziwe okazało się przysłowie „biednemu zawsze wiatr w oczy wieje”. My oczywiście nie mieliśmy już grosza przy duszy, a ja byłam zbyt zmęczona, by próbować czarować kierowcę oczami Kota ze Shreka. Gdy Kuba już odwracał się na pięcie, by pójść na stację metra i próbować kupić bilet w automacie (płacąc polską kartą), co oznaczało kolejnych kilka funtów, poczciwego Pana z Busa chyba tknęło sumienie, spojrzał na nas jeszcze raz z politowaniem i powiedział, że bierze nas na pakę.
Szczęście nasze nie znało granic! Około 23 trafiliśmy w końcu do hotelu i zmęczeni natłokiem wrażeń padliśmy trupem na łoże.
PS W planach mamy już kolejną wycieczkę do Londynu. Już się boję, co tym razem może się nam przytrafić!
utworzone przez Zakreecona | kwi 21, 2017 | Moda, Oszczędzanie, Slider
Lumpeksy we Wrocławiu
Jeśli chodzi o Wrocław, nieskromnie mogę nazwać się specem od lumpeksów. Skłamałabym, mówiąc, że byłam w każdym lumpeksie miasta 100 mostów. Ale jak już moim oczom ukazał się jakiś „sklep z odzieżą używaną”, „Odzież Skandynawia” itp. to nie było siły, która zatrzymałaby mnie przed wstąpieniem tam. W dzisiejszym poście przedstawiam 3 ulubione lumpeksy we Wrocławiu, które nigdy mnie nie zawiodły. Jakbyście chciały dopisać jakiś lumpeksik z Wrocławia, Łodzi lub Warszawy, czujcie się zaproszone, chętnie się tam wybiorę przy najbliższej sposobności.
Jak to się człowiek zmienia wraz z dorastaniem. Kiedyś (tj. jakieś 15 lat temu) w życiu bym się nie przyznała, że kupiłam coś w lumpeksie. Z kolei teraz uprawiam swego rodzaju lumpeksowy ekshibicjonizm, bo jeśli kupiłam coś super w SH, to przechwalam się tym na prawo i lewo. Trochę mi smutno, bo w Łodzi jak dotąd byłam tylko w jednym SH, ale kupiłam tam za to super ekstra najmodniejsze spodnie sezonu za 6 zł (mogliście widzieć je tutaj). Za to z warszawskiego lumpka pochodzi jedna z moich ulubionych bluz, która dodatkowo odejmuje mi lat (tutaj).

kk
1. Tani Armani ul. Ruska [edit. teraz ul. Ładna]
przy skrzyżowaniu z Kazimierza Wielkiego, pierwszy lokal za Rossmanem na rogu
Chyba nikogo nie zdziwiłam umiejscawiając Taniego Armaniego na pierwszym miejscu. Na blogu wspominany był już nie raz. Wdzięczna nazwa w połączeniu ze świetnym asortymentem sprawiła, że zapałaliśmy do siebie miłością od pierwszego wejrzenia. A nasze pierwsze „spotkanie” nastąpiło na I roku studiów. Przypadkowo trafiłam na niego idąc na zajęcia do szkoły językowej, która miała siedzibę w tej samej kamienicy. W Tanim Armanim dostawa jest w każdy poniedziałek. Wyprzedaże są w piątki (wszystko po 5 zł) oraz w soboty (3zł). Jak się zapewne domyślacie, ja zazwyczaj pojawiałam się tam w piątki:D
Z tym SH znamy się nie od dziś. Podczas naszej długiej już znajomości zmieniał swoją nazwę kilkukrotnie, by aktualnie być rozpoznawanym jako Margo. Bywałam tam często, ponieważ umiejscowiony jest w strategicznej dla studenta lokalizacji. Po pierwsze w pieszej odległości znajduje się znany i lubiany bar mleczny Mewa. Za cenę 6 złotych wychodziło się za starych dobrych czasów, najedzonym jak ta lala. Klimat wprawdzie jak z „Misia”, ale dla wykrzyczanego przez Panią w czepku na głowie „RUUUUSKIE Z ZASMAŻAAAAANĄ DO POMIDOROWEJ”, warto było tam przychodzić. Po drugie, kilkaset metrów dalej po udanych łowach, można było wstąpić na Polish Lody. Kto chociaż raz je jadł, ten wie, że są warte stania w tej półgodzinnej kolejce.
Dostawa w czwartek, wyprzedaż we wtorek 6 zł sztuka, środa 4 zł sztuka (kiedyś to było 5 i 3 zł, ale cóż biznes jest biznes).
kk
kk
3. Margo ul. Ładna
Trafiłam tam jak zwykle przypadkiem (ale jak sobie myślę, to chyba nie są przypadki, ja po prostu mam czuja do lumpeksów). Fakt częstych odwiedzin wzmagała bliska lokalizacja z Politechniką i knajpą, w której pracowałam. No i tak sobie tam przychodziłam, co jakiś czas wyhaczając jakąś perełkę. A na tegorocznego sylwestra, skompletowałam tam strój Doktor Quenn za całe 16 zł!
Dostawa w środę, poniedziałek 6 zł sztuka, wtorek 4 zł sztuka.

Jak się domyślacie, tematu second handów nie wyczerpałam, a jedynie przedstawiłam Wam moje trzy ulubione lumpeksy we Wrocławiu. Która, z lumpeksowych zdobyczy najbardziej się Wam podoba? Czekam na opinie w komentarzach!
Kochane podaję Wam dodatkowo jeszcze parę innych adresów, do których też często zaglądam jeśli tylko mam możliwość:
- Margo, ul. Oławska 25/1A , dostawa w piątek, środa 6 zł sztuka, czwartek 4 zł sztuka
- Stylownia, Plac Legionów 17 (niestety nie wiem jaki jest tam teraz system sprzedaży, ale polecam ten SH, mam stamtąd kilka super rzeczy!)
- Tani Armani, ul. Ładna 2 – teraz zamknięto Armaniego na Kazimierza Wielkiego i został tylko ten
- Margo, ul. Dworcowa 11 (dostawa we wtorek i z tego co czytam aktualnie na ich stronie, to wtedy jedna rzecz kosztuje 3 zł! )
- Lumpeksy na ul. Łokietka i ogólnie na Nadodrzu, to nie są sieciówki i niestety nie pamiętam adresów, ale wystarczy przejść się tamtą dzielnicą a zapewnia, że natkniecie się przynajmniej na kilka sklepów z odzieżą używaną.
A Wy macie do polecenia jakieś miejscówki?:)