utworzone przez Zakreecona | lis 4, 2017 | Hiszpania, Podróże, Slider
Teneryfa
Teneryfa to największa z archipelagu Wysp Kanaryjskich. Położona na Oceanie Atlantyckim u Wybrzeży Afryki, przez cały rok cieszy się ogromnym zainteresowaniem turystów. Ja miałam przyjemność być tam w październiku. Muszę powiedzieć, że lepszej pory na odwiedzenie tego miejsca raczej nie mogłam sobie wymarzyć! Temperatury podczas naszego pobytu wahały się pomiędzy 24-29 stopni i nie było to ani za zimno, ani za gorąco. Może jednego dnia upał mocno dawał się we znaki, ale na szczęście kąpiel w przyjemnie chłodnym oceanie przynosiła ukojenie. Dzisiaj jednak nie będę rozpisywać się nad wadami i zaletami Teneryfy. Nie opowiem też wiele o klimacie, który jak praktycznie na każdej oceanicznej wyspie jest zróżnicowany. Przedstawię Wam jednak trzy plaże na Teneryfie, które zdecydowanie warto odwiedzić, kiedy postanowicie tutaj przyjechać!
Zwykło mówić się, że południe wyspy jest cieplejsze. Klimat tam jest łagodniejszy i to raczej tam kwitnie życie turystyczne. Jednak dwie z polecanych przeze mnie plaż znajdują się na północy wyspy. Jak okazuje się, północ nie zawsze jest taka pochmurna i deszczowa jak ją malują!
Plaże na Teneryfie – Los Gigantos
Na pierwszym miejscu w moim rankingu znalazła się plaża z cudownym widokiem na Los Gigantos, czyli ogromne klify momentami osiągające wysokość ponad 600 metrów! Piasek jest tutaj czarny, z resztą jak na większości plaż na Teneryfie, co wynika z jej wulkaniczngo charakteru. Jeśli jakaś plaża posiada żółty piasek możecie być pewni, że w prawie każdym przypadku nie jest naturalna.
Żeby się tam dostać należy zaparkować gdzieś w okolicy portu. Następne obejść go dookoła, tzn. nie od razu tam gdzie cumują katamarany i jachty oraz są restauracje z widokiem na port, a kawałek dalej, bezpośrednio za budynkami znajdującymi się tuż przy porcie.
Na plaży znajduje się zaplecze sanitarne, a nad naszym bezpieczeństwem czuwa ratownik. Ze wspomnianego wyżej portu można wybrać się na rejs katamaranem dookoła wyspy. Najkrótsze trwają ok. 2 godziny, najdłuższe 5 godzin. Przy odrobinie szczęścia dane Wam będzie zobaczyć delfiny i wieloryby! Prawdopodobieństwa spotkania tych stworzeń jest tym większe im dłuższy jest Wasz rejs. W internecie można kupić bilety na rejs (polecam zrobić to z pewnym wyprzedzeniem). Ceny wahają się od 23 do 50 euro, w zależności od czasu trwania i tego, czy mamy wliczony posiłek czy nie. Ja polecam jednak zdecydować się na rejs będąc już na miejscu. Przy porcie w Los Gigantos widziałam ofertę za 15 euro, która obejmowała 2 h rejsu oraz przekąski i napoje na pokładzie!
Plaże na Teneryfie – Las Teresitas
Jeśli chodzi o moje ulubione plaże na Teneryfie, na drugim miejscu znajduje się plaża Las Teresitas zlokalizowana w San Andreas. Przez wielu uznawana jest za najpiękniejszą plażę Teneryfy. Dlaczego znalazła się u mnie na drugim miejscu? Z jednej prostej przyczyny – jest to plaża sztuczna. Widoki są piękne – to prawda. Piasek jest żółty i gorący – nie zaprzeczę. Ale jednak plaża powstała w wyniku ingerencji człowieka. W 1973 roku nawieziono tutaj z Sahary ponad 270 tys. ton piasku i zbudowano falochron, który miał chronić przed wymywaniem piasku do oceanu. Plaża posiada około 1,5 km długości i jest idealnym miejscem dla rodzin z dziećmi. Z powodu wspomnianego przeze mnie falochronu woda jest tutaj spokojna, a kąpiele są prawie zawsze dozwolone.
Las Teresitas znajduje się w północno wschodniej części wyspy niedaleko miasta Santa Cruz di Tenerife. Plaża ta pełni rolę miejskiego kąpieliska na mieszkańcow stolicy. Na miejscu znajduje się wiele miejsc parkingowych (za darmo, tak jak w większości miejsc na wyspie). Raczej nie powinniście mieć problemu, by znaleźć parę metrów kwadratowych dla swojego auta.
Niedaleko plaży znajduje się punkt widokowowy Mirador de Las Teresitas, z którego rozciąga się przepiękny obraz Las Teresitas jak i sąsiedniej plaży Las Gaviotas (z czarnym piaskiem).
Plaże na Teneryfie – El Bollulo
Na trzecim miejscu uplasowała się plaża El Bollulo – schowana między skałami, z czarnym piaskiem. Dojazd samochodem jest co najmniej mało dogodny, ale plaża mimo wszystko ma w sobie to coś, co sprawiło, że bardzo mi się spodobała. Przy plaży znajduje się parking, jednak kosztuje on coś pomiędzy 2 a 5 euro (niestety już dobrze nie pamiętam), dlatego polecam zostawić auto około 1- 2 km wcześniej. Nie wynika to jedynie z oszczędności pieniędzy. Droga wiodąca na ten parking jest wąska na 1 samochód i bardzo kręta. Może być to problematyczne w sytuacji spotkania dwóch samochodów jadących w przeciwnych kierunkach. Wysepek do wyprzedzania jest niewiele, dlatego my zaparkowaliśmy wcześniej i doszliśmy kawałek pieszo.

kk
Podobnie jak na wszystkich plażach, tutaj również nad bezpieczeństwem przebywających czuwa ratownik. Podczas naszej wizyty fale były na tyle duże, że kąpiel nie była dozwolona. Nie samą kąpielą jednak człowiek żyje, czytanie książek na plaży bądź bezczynne leżenie plackiem też jest bardzo przyjemne! Polecam tę plaże zwłaszcza tym, którzy chcą mieć pewność, że znajdą miejsce dla swojego ręcznika i lubią wsłuchiwać się w odgłos fal uderzających od skały. Dojście do plaży jest dosyć strome. Dodatkowo do najbliżej położonego płatnego parkingu czeka nas jeszcze krótki marsz. Wydaje mi się, że to odstrasza potencjalnych turystów.
kk
Na końcu chciałabym Was zapytać, która plaża najbardziej przypadła Wam do gustu?
utworzone przez Zakreecona | paź 27, 2017 | Hiszpania, Podróże
Nie miałam wielkich oczekiwań, nie myślałam, że to będzie miłość do końca życia. Chciałam się rozerwać, mieć motyle w brzuchu, uśmiechać bez przyczyny. Błądzić bez celu, łapczywie łapać każdą chwilę i poczuć wiatr we włosach. Na chwilę zapomnieć o prawdziwym życiu i codziennych problemach, żyć po prostu tu i teraz, nie zastanawiając się co było wcześniej i co będzie potem. Prawie się udało, ale jednak… zabrakło między nami chemii.
Hmm, obawiam się, że Harleqin raczej nie przyjąłby mojej publikacji (God damn it!)), dlatego w przyszłości odpuszczę sobie pisanie w stylu romansidła niezbyt wysokich lotów.
Nieczęsto zdarza się, że jadąc w kolejne nieznane mi dotąd miejsce mam jakieś wyśrubowane oczekiwania. Zawsze cieszę się, że zobaczę coś nowego, poczuję klimat danego miasta czy zjem coś lokalnego. Raczej nie oczekuję, że to będzie najlepsze i najpiękniejsze miejsce na świecie ever – jeśli się tak zdarzy, to jestem szczęśliwa na maxa, a tak to po prostu łapię chwilę i cieszę się tym co jest. Mało tego, jak ktoś mi mówi, że był np. w Paryżu czy Londynie i że jest zawiedziony, bo te miejsca są przereklamowane, to mam ochotę takiej osóbce z plaskacza przyłożyć (ale to tylko taka przelotna myśl, nigdy tego nie zrobiłam, chociaż możliwe, że jakby ktoś tak powiedział o Porto, to mogłabym się już nie powstrzymać!).

A tu nagle, zdziwko, bo przyjeżdżamy sobie do Madrytu, wprawdzie tylko na jeden dzień, bo to nasze miejsce przesiadkowe w drodze na Teneryfę, chodzimy sobie po mieście, nawet zahaczamy o jedno muzeum, niby wszystko jest ładne, zabytków sporo, uliczki urokliwe, ale jednak między nami nie ma chemii. Nie to, że z Madrytem jest coś nie tak, nic złego nie mogę powiedzieć, ale po prostu dla mnie nie ma tego czegoś. Czegoś co ma Porto (a Porto, akurat ma bardzo dużo tego!), Paryż, Londyn, Amsterdam, Wiedeń, Berlin, Praga, Budapeszt, Lizbona no i jeszcze parę innych miejsc. Nie wiem co to jest dokładnie, ale właśnie tego mi zabrakło. Dlatego raczej trochę wody upłynie w Douro, zanim Madryt zobaczy mnie po raz kolejny, no chyba, że zmuszą mnie do tego okoliczności, a takiej ewentualności nigdy nie wykluczam!
Retiro – jedno z miejsc w Madrycie, które najbardziej mi się podobało.
Żebyście jednak nie myśleli, że próbuje Was zniechęcić do odwiedzenia stolicy Hiszpanii! Każde miejsce jest warte odwiedzenia, ale niektóre tylko jeden raz (coś jak to, że Saper myli się tylko jeden raz), dlatego jak kiedyś los zaprowadzi Was do Madrytu to:
- Jeśli podobnie jak ja lubicie muzea, ale nie jesteście wielkimi koneserami sztuki, polecam odwiedzić jedno z najsłynnieszych muzeów w Europie, a już na pewno w Hiszpani, tj. Prado, w ciągu dwóch ostatnich godzin przed zamknięciem, ponieważ wtedy wstęp jest za darmo (każdego dnia). Jeśli wolicie jednak odwiedzić wystawy o wcześniejszych godzinach, to normalny bilet kosztuje 15 euro, ulgowy 7,50 euro.
- Na lotnisku w Madrycie obowiązuje opłata lotniskowa (3 euro), więc jeśli chcecie wydostać się z lotniska tym środkiem transportu musicie liczyć się z dodatkową opłatą oprócz zakupu normalnego biletu. Żeby tego uniknąć, skorzystajcie z alternatywnych opcji, o których przeczytacie pod tym linkiem.
- Jeśli mieszkacie stosunkowo blisko lotnisko, a na dodatek podróżujecie większą ekipką, całkiem korzystne może okazać się skorzystanie z taxówki. Polecam szczególnie aplikację MyTaxi, gdyż nowi użytkownicy otrzymują zniżki na pierwszy przejazd. Nie wiem ile ta kwota wynosi aktualnie, ale w Madrycie było to 15 euro, co prawie w całości pokryło przejazd z naszego lokum na lotnisko i zaoszczędziło sporo czasu i przesiadek.
- W Madrycie jest sporo ładnych parków, najbardziej znanym jest oczywiście Retiro, dlatego zdecydowaniem polecam je Wam odwiedzić i spędzić tam trochę czasu.
- Nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, ale za to ogromnym fanem naszej Reprezentacji i oczywiście Roberta Lewandowskiego! Byłabym jednak ogromną ignorantką, gdybym nie wspomniała, że jedną z większych atrakcji w Madrycie, jest wycieczka po stadionie drużyny Cristiano Ronaldo, czyli Santiago Bernabeu. Bil et dla osoby dorosłej kosztuje 25 euro.
A na dole jeszcze parę ujęć i zdjęcia stylówki
Rezydencja Króla Hiszpani
Pomnik Naszego Papieża Jana Pawła II.
Plaza Major
A na koniec stylizacja:
PS Te sandały na koturnie to naprawdę najwygodniejsze buty świata! Mogłabym w nich chodzić codziennie! I na wielogodzinne wędrówki też się nadają, pod warunkiem, że nie zamierzacie zdobywać górskich szczytów, przeprawiać się przez bagna i ruchome piaski, wspinać się po skałkach itp.
Spódnica – Promod (%% 39 zł dawno temu)
Bluzka – SH (3zł)
Buty – Inblu (%% w Lasockim 50 zł chyba)
Torebka – SH (30zł)
Okulary słoneczne – Parfois
utworzone przez Zakreecona | paź 18, 2017 | Podróże
Parę dni temu wróciłam z wakacji, bogatsza o nowe doświadczenia, przygody, piękne wspomnienia, opaleniznę, schodzącą skórę, a także… pierścionek zaręczynowy?? (no cóż, nie wytrzymałam, musiałam się pochwalić nową błyskotką na moim palcu, oraz tym, że w pewnej nieokreślonej, acz raczej bliższej niż dalszej przyszłości, dane mi będzie zmienić nazwisko!)

Znacie mnie nie od dziś, więc z pewnością wiecie, że od kilku już lat swoje wycieczki, zarówno weekendowe city breaki jak np. Rzymski jesienny weekend czy weekendowy wypad do Wiednia, czy też dłuższe wypady w stylu Eurotrip kilka lat temu lub zeszłoroczne krótkie, lecz bardzo udane wakacje w Wenecji organizuję sama (no może czasami z niewielką pomocą K.).
Takie rozwiązanie pozwala mi całkowicie zaplanować swój wyjazd, zwiedzić dokładnie te miejsca na które mam ochotę, robić co chcę, jadać gdzie chcę i być zależną zupełnie od nikogo (no może tylko trochę od K. i innych współtowarzyszy podróży jeśli istnieją). Od razu podkreślam, że nie neguję biur podróży – sama kiedyś korzystałam z ich usług i w żadnym wypadku nie zaprzeczam, że w przyszłości ponownie skorzystam. Szczególnie oferty last minute pozwalają na wyłapanie super okazji za niewielkie pieniądze, dlatego każdemu, kto ma dosyć elastyczny kalendarz polecam ten sposób. Znam osoby, które potrafiły za 600 zł spędzić tydzień z wyżywieniem w Rzymie! (dojazd z Polski był wprawdzie autokarem, ale za taką cenę myślę, że też bym się skusiła) czy 8 dni w Grecji w opcji all inclusive za ok. 1500 zł!
Dzisiaj jednak nie będę polecać biur podróży, opowiem Wam za to pokrótce jak wyglądały moje 13 dniowe wakacje, co udało nam się zobaczyć i jakie miejsca zwiedziliśmy. Dzisiaj tylko ogólnikowo, dokładne posty będą się sukcesywnie pojawiać, a ja mam nadzieję, że wakacyjnymi zdjęciami umilę Wam jesienne, lecz nadal bardzo ciepłe dni. Będę niezmiernie szczęśliwa, jeśli uda mi się zachęcić Was do próby zorganizowania swoich wakacji samemu, w mniej turystycznych miesiącach niż czerwiec, lipiec czy sierpień.
Zachęcam Was, byście w komentarzach zgadywali, ile mogły kosztować takie wakacje (mam na myśli całościową kwotę obejmującą wszystkie możliwe wydatki poniesione w wyniku organizacji takiego wypadu!). Jestem ciekawa, kto z Was będzie najbliżej prawdy! Odpowiedzi udzielę komentarzu!
Tyle tytułem wstępu. A co tak naprawdę działo się od 30 września do 13 października?
Podróż rozpoczęła się wieczornym przelotem do Madrytu, gdzie szybko udaliśmy się na nocleg, by wstać rankiem dnia następnego, gdyż na zwiedzanie stolicy Hiszpani mieliśmy przeznaczony 1 dzień. Więcej o Madrycie przeczytacie w kolejnych postach. Nasza wizyta w Hiszpani zbiegła się z gorącym czasem dla Katalończyków, co było widoczne również na ulicach Madrytu.

Więcej zdjęć stylizacji w madryckim poście!
Dzień 2-7 Teneryfa
Na Teneryfę, chyba oboje z K. czekaliśmy najbardziej: słońce, plaża, palmy – właśnie tego potrzebowaliśmy. Teraz nie będę się za bardzo rozpisywać, powiem jedynie, że każdemu polecam się wybrać na tę wyspę! Spędziliśmy tu 5 cudownych dni, z czego każdy dzień był totalnie odlotowy (i uwierzcie mi, nie mam na myśli leżenia plackiem na plaży, chociaż pięknych plaż też tutaj nie brakuje).
Stołowaliśmy się głównie w Lidlu (mieliśmy w naszym apartamencie kuchnię), co pozwoliło zaoszczędzić sporo pieniędzy, dzięki czemu skorzystaliśmy z kilku wypasionych płatnych atrakcji. Podczas tych pięciu dni zjechaliśmy wyspę wszerz i wzdłuż, dlatego uważam, że wynajęcie samochodu podczas takiego wypadu to totalny must have!
Pozwolę sobie jeszcze raz powrócić do wspomnień z Wiednia – to jedno z najpiękniejszych miast jakie w życiu widziałam, ale widząc na półkach sklepowych pieprz w cenie 3 euro (nie, nie chodzi o opakowanie 1 kg) włos się na głowie jeżył! Dlatego tym lepiej było nam robić zakupy w teneryfowym (istnieje takie słowo?!) lidlu, gdzie ceny były podobne do tych w Polsce, no może z wyjątkiem masła, które było zdecydowanie tańsze!




Dzień 8-9 Barcelona
Następnym przystankiem wakacji była Barcelona, gdzie dołączyliśmy do czwórki naszych przyjaciół. Obawialiśmy się, że w związku z kryzysem katalońskim na ulicach może nie być zbyt bezpiecznie lub, że poruszanie się po centrum miasta będzie niemożliwe. Na nasze szczęście, wszystkie protesty mające miejsce podczas naszego pobytu przebiegały w pokojowej atmosferze.
„Nastraszona” przez przyjaciółkę przebywającą aktualnie w Barcelonie niskimi temperaturami wzięłam ze sobą kilka swetrów, by podczas pobytu nie wykorzystać praktycznie żadnego, gdyż stolica Katalonii przywitała i gościła nas typowo letnią pogodą. Okrycia wierzchnie przydawały się jednak wieczorami, bo wtedy temperatura drastycznie spadała.


Bójka, Bajka i Brawurka:D

Dobrze, że byliśmy w Barcelonie w październiku, bo na wschód słońca trzeba było wstać o 6, a nie przed 4!!


Wcześniej pisałam, że najbardziej wyczekiwałam Teneryfy, ale jednak to nie była prawda. Odkąd zaczęłam organizować tegoroczne wakacje prawie codziennie miałam w myślach to, że po raz kolejny (i z całą pewnością nie ostatni!) odwiedzę ukochane Porto, miasto, które przez 5 miesięcy było moim domem. Jak cudownie było tutaj wrócić, poprzechadzać się wąskimi uliczkami, pooglądać azulejos, odwiedzić ulubione knajpy, zjeść Francesinhe, wypić Porto (a zapewniam Was, że Porto w Porto smakuje najlepiej!) i pełnić rolę przewodnika dla swoich przyjaciół.
Jedno jest pewne- O Porto na blogu przeczytacie jeszcze nie raz!



W Mediolanie spędziliśmy prawie cały dzień, gdyż tutaj właśnie mieliśmy 10 godzinną przerwę pomiędzy samolotem z Porto do Mediolanu, a z Mediolanu do Wrocławia. Odwiedziliśmy sztandarowe miejsca, dowiedzieliśmy się, że w godzinach 13-15 nie można usiąść w kawiarni na kawę, bo miejsca są zarezerwowane dla osób jedzących lunch (w Portugalii nie było tego problemu, o każdej porze dnia i nocy zawsze można znaleźć kawiarnię z kawą i ciastkiem za 1 euro). Ponadto obserwowaliśmy młode modelki biegające od castingu do castingu, podziwialiśmy stylowych Włochów (na termometrach 26 stopni, a tam żadnego mężczyzny w krótkich spodenkach, dacie wiarę?!) i powoli rozpoczęliśmy użalać się, że wakacje dobiegają końca.
k


Podsumowując:
-13 noclegów
– prawie 10 tys. km pokonanych podczas 6 lotów
– 3 państwa (w tym jedna wyspa)
– dziesiątki kilometrów przebytych pieszo każdego dnia
– miliony wspomnień,
ale czy aby na pewno MILIONY MONET? Czekam na Wasze opinie!
Dla ułatwienia powiem, że ani razu nie spaliśmy w żadnym hotelu, za każdym razem wynajmowaliśmy apartamenty na booking.com a raz skorzystaliśmy z usług Airbnb (2 noclegi w Madrycie). Dodatkowo na Teneryfie wynajmowaliśmy samochód (paliwo tam jest tańsze niż w Polsce).
Ciekawa jestem, kto z Was będzie najbliższy prawdy!
utworzone przez Zakreecona | wrz 5, 2017 | Austria, Outfit, Podróże
Wiedeń Zabytkowy
Podobno żółty był ulubionym kolorem Marii Teresy, i temu też swoją barwę zawdzięcza elewacja Pałacu Sch
önnbrunn. Jeśli chcesz poczuć się się XVIII wieczna dworzanka wystarczy wybrać się do 13 dzielnicy Wiednia i odwiedzić miejsce, w którym koncertował Mozart, konferował Napoleon, a cesarz Franciszek Józef mieszkał i miał swoje gabinety
W Pałacu znajduje się 1441 komnat (serdecznie nie zazdroszczę ekipie sprzątającej!) z czego zwyczajni śmiertelnicy tacy jak ja i Ty, możemy odwiedzić tylko 45.
Najtańszy bilet do zwiedzenia tego miejsca, obejmujący wizytę w 22 pomieszczeniach kosztuje 14,20 euro (
więcej opcji cenowych znajdziecie pod tym linkiem), jeśli jednak nie po drodze Wam ze zwiedzaniem pokoi luksusowych niczym Hotel Gołębiewski w Karpaczu, tyle że sprzed 200 lat, również polecam odwiedzić Pałac Sh
önnbrunn, bo proszę mi wierzyć, park (dostępny w większości do zwiedzania bezpłatnie), otoczające ogrody i rozciągająca się z nich przepiękna panaroma pałacu jak i samego Wiednia zachwycą z pewnością nawet największych ignorantów sztuki.
Proszę wybaczyć, słońce świeciło dosyć mocno, stąd zdjęcia są lekko prześwietlone i być może nie oddają uroku tego miejsca, uwierzcie jednak mojemu blogierskiemu słowo, że było tam po prostu nieziemsko pięknie!
Wiem, że może białe okulary nie pasują do każdej stylizacji (ale niestety na ten moment są to moje jedyne okulary), jednakże w walce „moje oczy vs słońce” oczy przegrywają sromotnie, a czasami to nawet nie podejmują rękawicy, dlatego, żeby jakkolwiek fukcjonować muszę je nosić. W przeciwnym razie moje ślepia zalewają się łzami albo w lepszym przypadku zaczynam przypominać krecika drążącego po ciemku tunele.
Sukienka – SH (5 zł)
Okulary – Szachownica – 10 zł
Torebka – SH (30 zł)
Buty – Lasocki (%% 45 zł)
Jeśli ktoś z Was pomyśli, że nie jest tam pięknie, to znaczy, że chce, bym już nigdy nie napisała posta na blogu (a nikogo z Was o takie sabotażowe działanie nie podejrzewam, więc cieszę się bardzo, że się zgadzamy!)
A to zdjęcie mogłoby wjechać na pocztówkę. Może za 30 lat jak już każdy szanujący się turysta będzie posiadał powyższą fotografię czy to jako pamiątkę z wakacji, czy jako obraz na ścianie, a ja zarobię miliony na prawach autorskich, odnajdę parę (pan w czerwonej bluzce i Pani w jeansowych spodenkach) i zapytam o historię ich miłości.
Wiedeń Nowoczesny

Jeśli myśleliście, że Wiedeń to tylko barokowe pałace, piękne parki, a wozy konne pełnią rolę MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji) to niestety muszę Was zasmucić – jesteście w błędzie.
Jak widać na załączonym obrazku znajdziemy tutaj też drapacze chmur (najwyższe w Austrii), budynki całe w szkle, do których codziennie przychodzą Panowie garniturowcy w kolorowych skarpetkach i korpoPanie w damskch garniturach koloru fusja i szpilkach koloru nude.

Dzielnica Uno -City, bo tak jest nazywana, jest jednym z czterech głównych miejsc na świecie (obok Nowego Yorku, Nairobi i Genewy), gdzie Organizacja Narodów Zjednoczonych ulokowała swoje instytucje.


Kompleks Uno – City został wzniesiony na pólnocnym brzegu Dunaju w latach 1973- 1979 i składa się z 6 budynków o różnej wysokości, lecz podobnym stylu i bryle, z czego najwyższy ma 120 metrów i liczy 28 pięter. Wśród instytucji tu ulokowanych znajduje się m.in. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej oraz Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków.Przestępczości.
Wiedeń rozrywkowy

Od razu uprzedam pytania, to nie jest mój brudny obiektyw, tylko szyba, w której zdjęcie robiliśmy taka upaskudzona była!

Jeśli natomiast jesteście głodni wrażeń, skoków adrenaliny, ogromnych przeciążeń oraz chcecie sprawdzić zdolności trawienne Waszego żołądka, serdecznie zapraszam do parku rozrywki Prater!
Niezapomniane atrakcje gwarantowane! Nie polecam przejażdżki na poniższej karuzeli po dużym obiedzie, no chyba, że niestraszna Wam sytuacja, w której wszystko to co mieliście przed chwilą w brzuszku pomyśli sobie „u góry taka zarypista impreza, dawać, dawać wracamy!”
Nie wiem, jak wysokie jest to bolero u góry, ale wiem jedno – prędzej dałabym się wsadzić do klatki z niedźwiedziem niż skorzystała z tej atrakcji! A musicie mi wierzyć, że parki rozrywki uwielbiam i parę już odwiedziłam, niektóre kilkukrotnie (Hydepark, Efteling, Mirabilandia, Energylandia, Prater), ale to jest zdecydowanie ponad moje i tak już zszargane nerwy!
Jedynym minusem Prateru jest to, że za każdą atrakcję płaci się osobno, a ceny wahają się od 3 do 8 euro. Ja wolę zapłacić raz i móc korzystać z atrakcji wielokrotnie. Niemniej jednak, niektórzy, szczególni Ci, którym zależy tylko na przejechaniu się wiedeńskim diabelskim młynem, mogą upatrywać w tym zaletę.
Dajcie znać, który Wiedeń wybieracie: zabytkowy, nowoczesny czy rozrywkowy?🙂
A już niedługo na blogu post o tym, jak zorganizować tani wyjazd do Wiednia, dlatego śledźcie mnie uważnie!
PS KONKURS!!!
Kochane i Kochanie! Na instagramie trwa konkurs, gdzie do wygrania jest zestaw kosmetyków Bielenda z serii CarboDetox, w skład którego wchodzi pasta węglowa, oczyszczający żel węglowy u krem do twarzy:)
Jedyne co musicie zrobić, to cyknąć fotkę Waszego kosmetyku od marki Bielenda, dodać hasztagi #zakreecona #bielenda #mojemusthave oraz oznaczyc profil mój i Bielendy, tak bym mogła Was odnaleźć:)
utworzone przez Zakreecona | sie 28, 2017 | Austria, Outfit, Podróże
A gdyby tak rzucić wszystko i… wyjechać do Wiednia? Miasta, w którym żyli i tworzyli Mozart, Beethoven i Haydn, a które od granicy naszego kraju dzieli niewiele ponad 300 km? Oto 5 powodów, które sprawią, że zrezygnujesz z niedzielnego obiadku u Mamusi i wybierzesz się do Wiednia choćby na 2 dni!
1. Bo jest blisko
No cóż, zdaję sobie sprawę, że to „blisko” nie tyczy się wszystkich mieszkańców naszego pięknego kraju, bo powiedzieć, że z Gdańska do Wiednia jest rzut beretem, lub ze Szczecina do Wiednia to tylko kawałek, byłoby co najmniej tak trafne jak to, że Robert Lewandowski nie jest przystojny! Niemniej jednak mieszkańcy południa naszego kraju do Wiednia mają bliżej niż nad polskie morze, a na dodatek, nie posiadając własnego samochodu, mogą się tam wybrać korzystając z usług np. Polskiego Busa. Co ciekawe, dojazd z Warszawy również nie musi być uciążliwy (ani, co ważniejsze, drogi), ale o tym, jak zorganizować samodzielnie tani wyjazd do Wiednia opowiem już niedługo na blogu, dlatego teraz bez spojlerowania, a Was zachęcam do uważnego śledzenia mnie na Facebooku!
Muzeum Historii Naturalnej
Muzeum Historii Sztuki
kk
2. Bo jest pięknie
Wyobraź sobie sytuację, że idziesz sobie, spacerujesz, mijasz po drodze budynki, a wszystko jest tak piękne, że aż Cię boli! Archtektura zapiera Ci dech w piersiach, dalej idziesz, z zachwytu już nie możesz, już prawie marzysz, by ujrzeć coś brzydkiego dla równowagi, ale nic z tego, bo widok odstraszającego albo nie pasujacego do reszty budynku, drzewa, fontany etc. po prostu graniczy z cudem! Oj tak, Wiedeń jest zachwycający. Jeśli chcesz przeżyć ucztę dla swoich oczu i już dawno nie wypowiadałeś słów „Jak tu pięknie!”, to najwyższy czas pakować walizki i ruszać do Wiednia.
Pomnik Johanna Andreasa von Liebenberg, burmistrza Wiednia w XVII wieku
Parlament w Wiedniu
kk
3. Bo każdy podróżnik znajdzie tu coś dla siebie.
Lubisz zwiedzać muzea i komnaty pałacowe? W takim razie w Wiedniu będziesz czuł/a się jak Kubuś Puchatek, którego zamknięto w pomieszczeniu pełnym dzbanuszków z miodem. Co wybierzesz: Muzeum Historii Sztuki, czy może Muzeum Historii Naturalnej? Zwiedzanie Pałacu Schonnbrunn, Hofburga czy może Belwederu? A może wolisz wybrać się do domu Mozarta lub Zygmunta Freuda? Jeśli jednak muzea to dla Ciebie jedynie przykre wspomnienie wycieczek szkolnych, podczas których nie udawało Ci się usiąść w autobusie na samym końcu (a jak powszechnie wiadomo, tylko najfajniejsi siedzili na pięciu ostatnich miejscach) z pewnością znajdziesz uciechę, w spacerowaniu bez celu po wiedeńskich uliczkach i możesz być pewna/pewien, że na każdym rogi zaskoczy Cię jakiś ciekawy budynek, pomnik, fontanna lub skwer zieleni.
Lubisz przygody i adrenalinę? W parku rozrywki Prater (o którym będzie można przeczytać więcej w kolejnym poście) czeka na Ciebie mnóstwo atrakcji, które sprawią, że ponownie sięgniesz po zapomniany, a tak często potrzebny w dzieciństwie, Aviomarin.
A jeśli jesteś wielbicielem/wielbicielką sztuki, to niezliczona ilość koncertów, festiwali i wydarzeń kulturalnych sprawi, że będziesz bardziej szczęśliwy, niż ktoś kto na loterii los wygrał.
Hofburg – rezydencja Habsburgów
4. Bo jest drogo
Nie, to nie pomyłka. Dokładnie tak miało być. W Wiedniu jest drogo, pieruńsko. Wstępy do muzeów są drogie, obiady w knajpach są drogie, piwka w barach też są drogie (a przynajmniej na moje standardy, do których przywykłam), noclegi też nie są najtańsze. Zapytacie zaraz „Hej, to po co tam jechać, skoro jest drogo?” Powodów jest wiele: by mieć pretekst do oszczędzania, by wydać nadwyżkę pieniędzy na poznawanie świata i nowych miejsc, a nie na nową bluzkę czy nocną imprezę, by sprawdzić samego siebie i zobaczyć, na czym można zaoszczędzić, nie tracąc przy tym komfortu i radości z podróżowania. Jest wiele miejsc na świecie uznawanych za drogie, a ja staram się być przykładem na to, że wcale nie trzeba mieć nieskończonej sumy na koncie lub sypiących groszem rodziców, by takie miejsca odwiedzać. Im droższe miejsce, tym większy challenge:D
Pomnik Mozarta w Burggarten i Kościół Wotywny przesłonięty wielką reklamą czegoś na kształt Frugo
Pomnik Franciszka II, Cesarza Rzymskiego
5. Bo czemu nie
A czy potrzebny jest jakiś powód do podróżowania? Bo jedyne czego ja potrzebuję, by podróżować, to trochę gotówki, może jakiś długi weekend i promocja w Ryianerze:D
A wiecie co najbardziej kocham w podróżowaniu? To, że miejsc do odwiedzenia nigdy mi nie zabraknie. Nawet jakbym teraz rzuciła wszystko i ruszyła w podróż dookoła świata, to nie ma takiej najmożliwości, że zobaczę wszystko. Zawsze coś pozostanie dla mnie nieodkryte. A nawet, gdy jakiś miejsce odwiedzę ponownie, z pewnością coś mnie tam zaskoczy. Lubię poznawać nowe miejsca, ale lubię też wracać do tych, w których byłam. W Wiedniu miałam okazję być już kiedyś (chyba w gimnazjum, o ile mnie pamięć nie myli, a w moim zaawansowanym wieku, to nie jest wcale takie oczywiste), ale z tym większą przyjemnością wróciłam tutaj jako dorosła kobieta i próbowałam sobie przypomnieć, co widziałam podczas mojej pierwszej wizyty.
A na koniec mój ulubiony podróżniczy cytat:
„Nie mów mi jak bardzo jesteś wykształcony, powiedz mi jak dużo podróżowałeś” – Mahomet
Ratusz, przy którym odbywał się festiwal filmowy i okolice Ratusza, gdzie można było spróbować wiedeńskich specjałów i spróbować tutejszych trunków.
Koszula – Stradivarius (%% 50 zł)
Spodnie – Stradivarius (49 zł)
Sandały – Lasocki (%% 40 zł)
Okulary – Szachownica (10zł)
utworzone przez Zakreecona | lip 24, 2017 | Outfit, Rozkminki
O Mamusiu, nie sądziłam, że ten dzień kiedyś nastąpi, ale oto dzisiaj prezentuję Wam 10 faktów o mnie. Bloguję od lat ponad czterech, wypadałoby, żeby moi czytelnicy (Ci nie należący do zaszczytnego grona moich przyjaciół i rodziny) coś się o mnie dowiedzieli (a już szczególnie Ci, których nie zachęciła zakładka
Chodź tu). Dlaczego nie 50 faktów, ani też nie 20? Bo szanuję Wasz czas moi drodzy i wybrałam tylko te najciekawsze! Jakby mi kazali to byłabym w stanie i 1500 faktów wypisać, tylko po co?:D
1. Mam czworo rodzeństwa – 3 siostry i jednego brata. Kiedyś, za czasów podstawówki, nowopoznany kolega, którego Babcia mieszka na tej samej ulicy co moi Rodzice, powiedział: „Babcia mi mówiła, że Twoja Mama ma piątkę dzieci: 4 córki i jednego syna”. Kłóciłam się z nim dobre 15 minut, że przecież 3 córki i jednego syna, po czym skumałam, że zapomniałam siebie policzyć.
kk
2. Pomiędzy mną, a moją najstarszą siostrą jest aż 18 lat różnicy (chociaż wcale tego nie widać:D)! Jestem najmłodsza z całej gromadki rodzeństwa!
kk
3. Uwielbiam Wrocław bezgranicznie i to nie dopiero od czasów studenckich, ale znacznie dłużej, gdyż jestem związana z tym miastem od dawien dawna. Mając 6 lat byłam na spotkaniu z gwiazdami serialu Miodowe Lata w centrum handlowym Korona i wraz z Cezarym Żakiem i Arturem Barcisiem śpiewałam na scenie
„Biegnie, biegnie Renifer przez Rosje i Estonię…”.
kk
5. W ciągu ostatniego półtora roku zdarzyło mi się parę razy zmienić swoje miejsce pobytu, tym sposobem w tym czasie mieszkałam w 6 mieszkaniach, 4 miastach i dwóch krajach. Od razu nadmieniam, że przeprowadzki nie były spowodowane przymusową eksmisją ani zaleganiem z rachunkami!
ll
6. Kręcone włosy mam od urodzenia. Nie wstaję codziennie parę godzin wcześniej po to, by je nakręcić (a byłam o takie rzeczy posądzana, poważka!).
ll
7. Chociaż na blogu tego nie widać, to noszę na stałe okulary, a okularnicą zaczęłam być już jako 4 – letnia dziewczynka. Moje pierwsze okulary przypominały denka od musztardy (i nie ma tu ani krzty przesady), a co za tym idzie, ja przypominałam małego potworka. Z racji tego, że noszę plusy, po ściągnięciu okularów świat nie wywraca się u mnie do góry nogami (:)) i nadal jestem w stanie normalnie funkcjonować, dopóki nikt nie każe mi czytać czegoś napisanego małą czcionką!
ll
ll
8. Mam lekkiego rodzaju klaustrofobię. Dowiedziałam się o tym podczas mojego pierwszego pobytu na nartach w Alpach. Miałam z K. do dyspozycji pokój, w którym zmieściło się tylko łóżko piętrowe (powtarzam, tylko łóżko piętrowe i kompletnie nic więcej!). Pokój był na tyle niski, że siedząc „na górze” nie było możliwości się wyprostować. Wtedy to pierwszej nocy zerwałam się ze snu, niczym z najgorszego koszmaru, otworzyłam maleńkie okno, drzwi do pomieszczenia, zapaliłam światło w pokoju i na korytarzu, po czym na pytanie zaspanego i zdezorientowanego Kuby „Co robisz?” odpowiedziałam „Wpuszczam przestrzeń”.
ll9. Nie lubię prasować! Ale niech Was nie zmylą szorty z tego zdjęcia! Akurat je prasowałam! Ale to było jak widać zadanie bezcelowe, bo po wyjściu z domu i tak wyglądały jak psu z gardła. Dlatego ja się pytam – po co komu te prasowanie do szczęścia!? Czasami, w wyjątkowych sytuacjach zdarzy mi się użyć żelazka, ale robię to tylko na potrzeby wydarzeń najwyższej rangi!
ll10. Być może na zdjęciach nie uśmiecham się zbyt często, ale zapewniam na 100%, że dosyć duża ze mnie śmieszka – takie mocne 20 na 10! No a przede wszystkim to strasznie ze mnie gaduła. Mogę gadać i gadać i rzadko kiedy mi się to nudzi. No i zazwyczaj nie mam z tym problemu, gorzej bywa z moimi rozmówcami… 😀

Fot. K.:*
Bluzka – New Look (%% 50 zł)
Spodenki – Terranova (%% 15 zł)
Torebka – SH (30 zł)
Buty – Aldo (%% chyba 99 zł)
Okulary – Sinsay (%% 10 zł)
Napiszcie mi w komentarzu najciekawszy fakt o sobie! Chętnie dowiem się czegoś o Was i przekonam, czy jesteśmy w czymś podobni!:)
utworzone przez Zakreecona | lip 13, 2017 | Moda, Rozkminki
Na początku lutego sprowadziłam się do Łodzi, wynajęłam przytulną kawalerkę w całkiem dobrej lokalizacji i za naprawdę rozsądne pieniądze. Miała tylko jeden malutki mankament – na stanie nie było pralki. A uwierzcie mi, dla człowieka, który potrafi się ubrudzić nic nie jedząc i siedząc bezczynnie, a na dodatek większość jego ciuchów pochodzi z lumpeksu, mogło to się okazać dosyć dużym problemem. No ale jeśli mnie dobrze znacie, to wiecie, że kto jak kto, ale ja to akurat problemy umiem rozwiązywać. Długo się nie zastanawiałam, znalazłam ogłoszenie i kupiłam pralkę, oczywiście używaną, bo na 6 miesięcy mieszkania lepszej nie potrzebowałam. Najmilszy pod słońcem Pan przywiózł pralkę, zachwalał, że za takie pieniądze, to praktycznie jak za darmo, że trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno, że normalnie okazja jedna na milion i że w totka łatwiej wygrać niż taką pralkę w takiej super cenie dostać! Ja się ucieszyłam, prawie po rękach zaczęłam całować, że Pan mi takie wspaniałe dzieło technologii przywiózł (i na dodatek nie przyjął napiwku za wniesienie na 2 piętro i podłączenie!). Pan Pralkarz przestrzegł mnie jedynie, żeby dać pralce jeden dzień odpocząć, niech sobie spokojnie poleży, przyzwyczai do nowego miejsca zamieszkania, a potem mogę z nią zrobić wszystko co mi do głowy przyjdzie, a ona posłusznie będzie wykonywać każde moje polecenie.
Jak Pan nakazał, tak też uczyniłam.
Następne dni obcowania z tym owocem inżynieryjnego geniuszu okazały się dla mnie brzemienne w skutkach. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że bezrobocie mi nie grozi. Jeśli nie zrobię kariery w sektorze energetyki i blogosfera również mnie nie zechce, to z całą pewnością upomną się o mnie wszelkie serwisy sprzętu AGD. Bo o budowie pralki i możliwych usterkach, moi Kochani, podczas tych paru dni dowiedziałam się chyba wszystkiego.
Najpierw niewinna rzecz – pralka nie chciała wirować (tzn. pralka zachowywała się jak typowa dziewczyna, po prostu robiła mi na złość, jak włączyłam ją pustą dla sprawdzenia, to wirowała, a gdy tylko wewnątrz znalazło się parę rzeczy, to buntowała się, zaczynała nerwowo migać i dawać mi do zrozumienia, że raczej się nie dogadamy). Na dodatek miała jakieś humorki jak kobieta w ciąży, bo raz płakała (tj. wydalała jakieś płyny w okolicy filtra), a drugiego dnia już wszystko było w porządku.
Wykonałam pierwszy telefon do Pana Pralkarza, przepraszał ponad wszystko, obiecał, że przyjedzie, wszystko naprawi, że to praktycznie niemożliwe, żeby coś z taką cudną pralką było nie tak, ale on jest profesjonalistą i sprawdzi, a ja na pewno będę zadowolona. Jak powiedział tak, zrobił, coś tam popatrzył, postukał, pogłaskał i mówi „Teraz na pewno wszystko będzie ok!”. Ja podziękowałam, przeprosiłam za problem, że jeszcze fatyguję, a przecież Pan mi taką przysługę robi, za pół darmo przywozi takie cacko!
Nie dalej niż godzinę po jego wyjeździe porozumienie pomiędzy mną a pralką nadal nie zostało osiągnięte. Tym razem do głowy przyszły jej inne fanaberie. Pralka nie chciała spuszczać wody. Prośby, błagania, czyszczenie filtra, ratowanie mieszkanie przed powodzią, a nawet łzy – nic nie pomogło, pralka nadal była nieugięta.
Zmuszona byłam więc wykonać jeszcze jeden telefon do najmilszego pod słońcem sprzedawcy. Pan oczywiście przyjechał, a ja poważnie rozważałam, czy nie wręczyć mu CV i nie zapytać, czy nie ma wolnego etatu. Tym razem P. Pralkarz zaczął odprawiać nad pralką jakieś czary i powiedział, że on da sobie rękę uciąć, że teraz to już na pewno wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Ehhh… Mam nadzieję, że wypowiadając te słowa Pan Pralkarz skrzyżował palce z tyłu, bo w przeciwnym razie, jest właśnie teraz bez ręki…
Chcecie wiedzieć jak skończyła się ta historia? Zadzwoniłam do Pana 3 raz (i wtedy kur zapiął), ale tym razem nie odebrał już ten najukochańszy sprzedawca pod słońcem, lecz jakiś inny osobnik płci męskiej. Powiedziałam, że niestety z pralką raczej się nie zaprzyjaźnimy (trochę dosadniej jednak sformułowałam słowa) i bardzo serdecznie proszę, a wręcz nalegam, żeby pralkę odebrać ode mnie jak najszybciej. Po paru dniach przyjechało dwóch Panów, ponoć monterów, wysokiej klasy specjalistów, którzy nie wiedzieli jak dopływ wody zakręcić (!!), ale po odłączeniu przeze mnie (!!) pralki, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że z powołaniem się minęłam i powinnam rozpocząć karierę w światku AGD, pożegnałam się z pralką raz na zawsze i odzyskałam swoje pieniądze.
kk
Jaki jest morał tej historii?
– Bez pralki da się żyć, ale co to za życie
– warto zachować spokój, nawet jak nóż Ci się w kieszeni otwiera
– czasami całkiem przypadkiem można dowiedzieć się o swoich umiejętnościach, o których wcześniej nie miało się pojęcia
Fot. K.:*
Spódnica – SH (Reserved, 14 zł)
Bluzka – Stradivarius (%% 20 zł)
Torebka – Primark (%% 2,5 euro dawno temu w Porto)
Sandały – F&F (%% 25 zł)
Okulary słoneczne – Sinsay (10 zł)
Całość, bez okularów i bez butów – 44 zł.
Z butami i okularami – 79 zł .
Przypominam o trwającym na blogu konkursie, tutaj znajdziecie wszystkie informacje –>
Wygraj kosmetyki od Bielenda! Kliknięcie w obrazek, również przeniesie Was na stronę konkursową.
l
utworzone przez Zakreecona | lip 10, 2017 | Rozkminki
Hej! Trochę czekaliście na nowego posta, ale oto jestem i to na dodatek przychodzę do Was z konkursem! Ale o tym dopiero na końcu posta, także czytajcie uważnie! Dzisiaj przed wami kolejny wpis z serii „Akcja regeneracja”. Tym razem opowiem Wam jak wygląda codzienna pielęgnacja mojej twarzy i jakich kosmetyków używam już od pewnego czasu (co zobaczycie po zawartości opakowań) i dlaczego tak bardzo jestem z nich zadowolona!
No to jak to wygląda od początku?
kk
1. Mycie twarzy

Wstaję sobie rano, patrzę jednym okiem na zegarek, czy mam jeszcze czas poleżeć sobie i słodko podrzemać, niestety zazwyczaj okazuje się, że budzik kolejny raz postanowił sobie ze mnie gorzko zadrwić i nie zadzwonił (czasami jednak, ale nieczęsto bo tylko w 90% przypadków okazuje się, że to ja wyłączyłam go na nieświadomce). Taka sytuacja oznacza, że zrywam się jak jakiś pies uwięziony na łańcuchu i biegnę do łazienki (czasami uderzając się w biodro, albo w nogę, bo w tym biegu nie udało mi się wyrobić zakrętu). Myję zęby, następnie zwilżam twarz wodą, nakładam na dłonie olej różany i rozpoczynam akcję „Clean my face”. I tu ciekawostka dla Was, olej do mycia twarzy, oczywiście odpowiednio dopasowany, mogą stosować również osoby o tłustej cerze (co jakiś czas temu nie przyszłoby mi nawet do głowy!), ja jednak nie jestem ekspertką w tym temacie, więc nie będę się wypowiadać, ale parę istotnych informacji znajdziecie tu-> jakie oleje wybrać to cery tłustej?
Teraz trochę teorii: Olej różany marki Bielenda jest to preparat w formie lekkiego hydrofilnego olejku przeznaczonego do mycia i oczyszczania delikatnej i wrażliwej skóry. W swym składzie zawiera olejek z owoców róży, kwas hialuronowy oraz kompleks witamin C+E o działaniu przeciwstarzeniowym.
Co jest dla mnie najważniejsze?
Olejek pozwala mi dokładnie oczyścić skórę, nie wysusza, nie obciążą naskórka, nie powoduje uczucia ściągniętej skóry na twarzy, a także nie zawiera SLS i SLES.
Pamiętaj!
Pewnie dla większości z Was to będzie oczywista oczywistość, ale pamiętajcie, by do twarzy nie stosować tego samego ręcznika co do rąk czy do reszty ciała. Niektórzy polecają wycierać twarz jednorazowymi chusteczkami, ale myślę, że mały ręcznik, wymieniany z odpowiednią częstotliwością również powinien być ok.
kk
kkk
2. Oczyszczanie i tonizowanie

Po umyciu twarzy olejem istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, graniczące z pewnością, że na naszej skórze nadal pozostały jakieś zanieczyszczenia. Co robię, żeby się ich pozbyć? Używam wody różanej.
Trochę teorii: Podstawowym składnikiem wody różanej marki Bielenda są micele, które wychwytują wszelkie typy zanieczyszczeń z powierzchni skóry, dzięki temu, że łączą się zarówno ze związkami tłuszczowymi jak i wodą.
Co jest dla mnie najważniejsze?
Woda różana marki Bielenda ma kilka świetnych właściwości, po pierwsze oczyszcza i odświeża skórę, jest delikatna dla oczu, nie podrażnia naszej skóry, a dodatkowo również doskonale ją tonizuje. Tonizowanie skóry jest niezwykle ważne, o czym niestety często zapominamy w naszej codziennej pielęgnacji. Po oczyszczeniu przywraca naszej skórze naturalny, lekko kwaśny odczyn pH, co ma działanie przeciwgrzybicze i przeciwbakteryjne, dodatkowo pozwala na utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry i przygotowuje ją na dalsze zabiegi pielęgnacyjne.
Pamiętaj!
Swoim uczniom podczas lekcji matematyki powtarzałam jak mantrę „pamiętaj cholero, nie dziel przez zero”, a Wam będę powtarzać „jeśli nie chcesz dostać bury, nie zapominaj o tonizowaniu skóry”. No może to nie jest hasło zbyt chwytliwe, ale jest to totalnie ważny punkt, w naszej drodze do uzyskania cery gładkiej niczym z photoshopa!
kk
3. Odżywanie

Po nałożeniu wody różanej sięgam po multifazowe serum różane (nie robię tego codziennie, zależy to od kondycji skóry, serum jest bardzo treściwe, doskonale nawilża skórę i dostarcza jej składników odżywczych zapobiegających utracie wilgoci. Jeśli czuję, że dzisiaj wszystko jest z moją twarzą ok, to od razu przechodzę do kremu. Najlepiej robić sobie kilkutygodniowe kuracje z serum lub stosować je kilka razy w tygodniu w zależności od potrzeb.
Co jest dla mnie najważniejsze?
Skóra po nałożeniu takiego serumm jest wygładzona i miękka jak pupcia niemowlaczka!! #potwierdzoneinfo
Pamiętaj!
Serum ma więcej składników aktywnych i zazwyczaj lżejszą formułę (oleju lub emilsji) niż krem, ale mimo to kremu nie zastąpi, dlatego stosując serum nie rezygnuj z używania dobrego kremu, tylko stosuj te dwa kosmetyki jednocześnie.
kk
4. Nawilżanie
Ostatnim elementem mojej codziennej pielęgnacji jest nałożenie nawilżającego kremu (jak widzicie po zdjęciu, mój jest właśnie na ukończeniu). Zalecam także używanie kremu pod oczy (i na górną nieruchomą powiekę), szczególnie po ukończeniu 25 roku warto stosować krem na okolice oczu, bo to właśnie nasze oczęta pierwsze zdradzają nieuchronny upływ czasu.
Co jest dla mnie najważniejsze?
Krem doskonale nawilża, nadaje się zarówno na noc jak i na dzień (jak na razie moja skóra nie jest na tyle problematyczna, by stosować osobne kremu na dzień i na noc, ale pewnie zimą, gdy mam z cerą trochę więcej problemów, ta sytuacja się zmieni). Jest to jeden z pierwszych kremów jakie dotychczas używałam, który nie zatyka mi porów i nie powoduje wyprysków, dodatkowo ma naprawdę lekką formułę, a zapach nie jest drażniący.
Pamiętaj!
Nakładając krem nie zapominaj o szyi i uszach! One również potrzebują nawilżenia, a już szczególnie nasza szyja, jest miejscem o które powinniśmy dbać szczególnie, żeby jak najdłużej cieszyć się młodym i świeżym wyglądem!
kk
5. Dodatkowe nawilżenie

W różanej serii do pielęgnacji twarzy od Marki Bielenda znajduje się również olejek różany. Używam go zazwyczaj na noc, ale niecodziennie, bo moja skóra tego nie potrzebuje. Stosowanie olejku ma na celu przywrócenie właściwej równowagi hydro-lipidowej, chroni naskórek przed nadmierną utratą wilgoci, oraz wyraźnie go wygładza.
Co jest dla mnie najważniejsze?
Olejek nie obciąża naskórka, nie powoduje powstania wyprysków, a po jego zastosowaniu, skóra jest tak mięciutka i przyjemna w dotyku, że chciałoby się ją dotykać cały czas (ale proszę, nie róbcie tego, bo jest to bardzo niehigieniczne!)
Pamiętaj!
Kilka kropli olejku można też dodać do zazwyczaj używanego kremu.
A TERAZ WISIENKA NA TORCIE – KONKURS!
Kochani, z racji tego, że kosmetyki z serii Rose Care sprawdziły się u mnie, postanowiłam zorganizować dla Was konkurs, w którym do wygrania będą właśnie produkty o których pisałam powyżej, zasponsorowane przez markę Bielenda!
Zachęcam do wzięcia udziału w konkursie zarówno na blogu jak i na instagramie, jednak zastrzegam, że zwycięzcą można zostać tylko jeden raz.
Jak wygrać zestaw kosmetyków na blogu?
W komentarzu do tego posta dokończ zdanie „Dbam o swoją cerę, bo…”
oraz spełnij min. 2 z 4 poniższych warunków:
1) Polub profil Zakreecona na facebooku i zaproś do polubienia 2 znajomych.
2) Udostępnij publicznie baner konkursowy na facebooku.
2) Zostań publicznym obserwatorem bloga.
Do wygrania są 2 zestawy kosmetyków, w skład których wchodzi krem różany i olejek do mycia twarzy od marki Bielenda!
Udzielcie odpowiedzi tutaj w komentarzu (tylko takie będą brane pod uwagę) według następującego schematu:
1) Odpowiedź na pytanie…
2) Obserwuję na facebooku jako (imię i pierwsza litera nazwiska)
3) Jestem publicznym obserwatorem bloga jako:
4) Obserwuję na instagramie jako (nick)
5) Adres email:
Jak wygrać zestaw kosmetyków na Instagramie?
Umieść na swoim profilu na instagramie zdjęcie będące interpretacją hasła #nomakeupselfie (technika dowolna, nie ma przeciwwskazań do używania instagramowych filtrów, zamieszczenie motywu róży będzie dodatkowy atutem, ale nie jest konieczne) oraz spełnij poniższe warunki:
1) Zaobserwuj profil zakreecona.pl na Instagramie
2) Oznacz na zdjęciu profil @zakreecona.pl oraz @Bielenda.
3) Dodaj w opisie do zdjęcia następujące hasztagi: #zakreecona #bielenda #rosecare
Na instagramie do wygrania również są dwa zestawy kosmetyków od marki Bielenda, w skład których wchodzą woda różana i olejek do różany!
Konkurs trwa od dzisiaj t. 10.07.2017 do 21 lipca do godz. 23.59 🙂
Wyniki zostaną ogłoszone 22 lipca na blogu oraz na blogowych mediach społecznościowych!
Serdecznie zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie i liczę na Waszą pomysłowość!:)
EDIT! WYNIKI KONKURSU!
k
Kochane Dziewczyny! Z jednej strony bardzo lubię organizować konkursy, z drugiej natomiast zawsze mam tak ogromny problem z wyborem zwycięzców:( Obrady Komisji trwały długo, nie obyło się bez kłótni, ale w końcu udało nam się dojść do porozumienia i w konkursie na blogu kosmetyki od marki Bielenda otrzymają:
„Dbam o swoją cerę, bo sprawia mi to ogromną przyjemność i dzięki temu czuję się piękna. Piękno to poczucie własnej wartości i ten promyczek gdzieś w środku, który sprawia, że czujemy się lepiej. Dbam o siebie tak jak potrafię i w sposób, który sprawia mi satysfakcję. Kiedyś tę satysfakcję sprawiał mi dobrze wykonany makijaż. Dziś już niekoniecznie. Nadal lubię się malować, ale skierowałam się również w stronę pielęgnacji. Dbam o cerę sposobami, które oczywiście zna każda kobieta- maseczki, oleje, peelingi, toniki itd. Oczywiście wpływają one na stan i kondycję mojej cery, dzięki czemu jest ona piękniejsza „zewnętrznie”, ale najważniejsze jest dla mnie to, że sprawia mi to przyjemność. I mam świadomość, że robię coś dla samej siebie i robiłabym to dalej, nawet gdyby miałoby to nie przynosić tych efektów „zewnętrznego piękna”. Nie trzeba mieć urody modelki, żeby być pięknym. Piękno u kobiet, to ta szczególna aura, która nas otacza. Mnóstwo nadzwyczajnej energii, którą prawie wszystkie kobiety potrafią rozsiewać wokół siebie, gdy czują się świetnie we własnej skórze. Tę pewność siebie determinują proste czynności, które robimy dla samych siebie, sprawianie satysfakcji samej sobie, a nie innym. Mi taką właśnie satysfakcję przynosi dbanie o moją cerę i chcę być na tej płaszczyźnie coraz lepsza.”
„Dbam o swoją cerę, bo mam tylko jedną! Twarz to pewnego rodzaju mapa naszych przeżyć. Właśnie na niej rysują się emocje, zmęczenie czy szczęście.To jak się o nią troszczę wpływa na moje samopoczucie. Z uśmiechem i pewnością siebie patrzę w lustro. Wiem, że nawet najlepszy makijaż nie zastąpi pięknej, promiennej, a przede wszystkim zdrowej cery. Pracuję jako modelka, więc nienaganna cera to jako tako „mój obowiązek i kondycja do pracy” jakkolwiek naturalna pielęgnacja twarzy sprawia mi przyjemność. Zbawienne oczyszczanie czy rytuał wklepywania kremów to poniekąd mój ulubiony punkt dnia. Nie próżny tylko świadomy. Dbam o swoją cerę, bo to również część mojego ciała, która odpowiednio wypielęgnowana sprawia, że czuję się pewniejszą siebie kobietą.”
Dziewczyny, serdecznie gratuluję! Oczekujcie ode mnie w ciągu najbliższych dni maila, będę pytać Was o adres niezbędny do wysyłki!:) Wszystkim bardzo serdecznie dziękuję za udział w konkursie i od razu informuję, że już niedługo czeka na Was nowy konkurs, w którym do wygrania również będą kosmetyki Bielendy, ale tym razem z innej serii!:) Śledźcie bloga! Pozdrawiam Was serdecznie!!
utworzone przez Zakreecona | cze 29, 2017 | Podróże
Kwiecień 2016. Po skończonym Erazmusie dosyć mocno odczułam powrót do rzeczywistości (a przede wszystkim do wszechobecnego zimna), dlatego, gdy znajomi zaproponowali około weekendowy wypad do Włoch ze zwiedzaniem Mediolanu i Jeziora Como, nie wahałam się praktycznie ani chwili. To, że uszczupliło to i tak już mój bardzo lichy w tamtym czasie budżet, to już całkiem odmienna sprawa.

Wyjazd zakładał następujący plan:
Dzień Pierwszy – Wylot z Wrocławia do Mediolanu (Bergamo), wypożyczenie auta, transfer do Mediolanu, zostawienie auta na parkingu car and go, podróż metrem do centrum Mediolanu, przejście się Galerią Wiktora Emanuela II i udawanie, że chce się tam zrobić zakupy, mimo, że na karcie kredytowej nie miało się ani grosza, żeby nie powiedzieć wprost, że w ogóle nie miało się karty kredytowej (i ani grosza też). Następnie zrobienie fotki przed Katedrą Duomo (tak przed katedrą, nie mylić z w katedrze, z powodów wymienionych w zdaniu poprzednim, wstęp do tego pięknego obiektu sakralnego nie był zaplanowany). Pobyt w Mediolanie zakładał także spacerowanie uliczkami bez celu oraz zjedzenie pizzy. Po nasyceniu swoich turystycznych żądzy mieliśmy udać się na spoczynek do hostelu (którego to ja, jak to ja, znalazłam w przepięknej jak na stolicę mody cenie 16 euro za łebka), by kolejnego ranka ruszyć na podbój przyjeziornych malowniczych miasteczek.


Dzień Drugi, Trzeci i Czwarty – zwiedzanie malowniczych miasteczek, Como, Leco i uznawanego za najpiękniejsze miasteczko w tamtej okolicy Bellagio (oraz innych). Ponadto jedzenie lodów, pizzy, makaronów, serów i tak w zapętleniu. Nad Jeziorem Como również udało mi się
zarezerwować super miejsce noclegowe, tym razem skorzystałam ze znanej i lubianej strony
Airbnb (jak chcecie 100 zł ode mnie w prezencie, to kliknijcie link).
I o ile druga część wyjazdu przebiegła względnie bez problemów, o tyle w Mediolanie prawie wszystko potoczyło się nie tak, jak mieliśmy w planach. Ale gdyby tak nie było, to nie byłoby też tego posta a i ja nie byłabym sobą, bo wyjazd bez przypału to dla mnie wyjazd stracony (doszłam już do takiej wprawy, że praktycznie na każdym wyjeździe coś musi się wydarzyć, a jak jakimś cudem nic nietypowego się jednak nam nie przytrafi, to wszyscy odczuwają lekki zawód…).
Co wydarzyło się więc tym razem?
Zaczęło się niewinnie. Okazało, że hostel, w którym zarezerwowałam noclegi nie istnieje/ zapadł się pod ziemię/ zakończył działalność/ nie chciał przyjąć turystów z Polski (niepotrzebne skreślić) i anulowano nam rezerwację na 2 dni przed naszym wyjazdem.
[NASTĘPUJE OPIS DZIAŁAŃ PRZEPROWADZONYCH PRZEZE MNIE BY RATOWAĆ SYTUACJĘ]
Nieustraszona w walce o najtańszy możliwy nocleg, ale jednak nie pod mostem, przystąpiłam do realizacji planu pod kryptonimem „Dach nad głową w Mediolanie„. Po kilku nieudanych próbach nawiązania porozumienia pomiędzy mną a serwisami do bookowania noclegów, postanowiłam zerwać stosunki dyplomatyczne między nami. Akcja zakończyła się więc niepowodzeniem, gdyż terytorium wroga, ze względu na możliwość poniesienia bardzo dużych strat (finansowych) było dla nas nie do zdobycia. Po strategicznej naradzie, dowództwo wycieczki podjęło decyzję, że jedynym słusznym rozwiązaniem w tej sytuacji jest wynajęcie wozu pancernego (tj. Volkswagen Turan), który pomieści 4 żołnierzy i będzie pełnił rolę tymczasowego schronu.

Decyzja ta była brzemienna w skutkach, oznaczało to bowiem, że zamiast paru sukienek i ładnych butów, do walizki należy spakować śpiwór, co miało zapobiec pojawieniu się w mediolańskiej prasie codziennej, artykułu o tytule „Quattro turisti congelato in macchina nel parcheggio”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że Czterech turystów zamarzło w samochodzie na parkingu. Plan taki został więc wprowadzony w życie. Po wylądowaniu na włoskiej ziemi, udaliśmy się odebrać nasz wóz pancerny (co również nie obyło się bez kłopotów) i ruszyliśmy na podbój Mediolanu! Pobyt w Mediolanie przebiegał bez zakłóceń, w bardzo miłej atmosferze. Nie natknęliśmy się na żadnego wroga, spotykając po drodze samych przyjaciół. Udało się nasycić nasze żołądki włoską pizzą, a gardła napoić życiodajnym trunkiem. Odwiedziliśmy także włoską potańcówkę.
Gdy noc chyliła się ku końcowi wspólnie z oddziałem uznaliśmy, że czas udać się na przedmieścia Mediolanu do naszego schronu. Złapaliśmy więc transport do parkingu (autobus miejski) i po ponad 30 minutowej walce z własnymi słabościami, a głównie to z tym, żeby nie zasnąć i nie zostać wyrzuconym przez kierowcę gdzieś na środku niczego, wysiedliśmy w docelowym miejscu. Nasz wóz znajdował się na wielkim ogrodzonym, strzeżonym i płatnym parkingu i nie wiedzieć dlaczego, gdy zobaczyliśmy, że wszystkie bramy wjazdowe i furtki są zamknięte na cztery spusty, co dla normalnego człowieka powinno być oczywiste, zdziwiliśmy się co najmniej tak bardzo, jakbyśmy ujrzeli Archanioła Gabriela zstępującego z nieba.
Próba odnalezienia jakiegoś Pana Stróża/Klucznika/kogokolwiek spełzła na niczym, co zaowocowało rozpoczęciem nowej akcji pod nazwą „PPSS” (parking, płot, skok, sen). Po ciemku rozpoczęliśmy poszukiwania takiego miejsca przy płocie, na które najłatwiej będzie się wspiąć, lub gdzie trawa będzie najbardziej miękka (zakładaliśmy wszystkie ewentualności, łącznie z bolesnym upadkiem na tyłek, a to wszystko w imię dostania się do samochodu, gdzie czekały nas 4 godziny spania na rozłożonych tylnych siedzeniach).
Tego dnia jednak los się do nas uśmiechnął – udało się znaleźć dziurę w płocie na tyle dużą, że każdy z członków naszego oddziału mógł się tamtędy przecisnąć, nie ryzykując przy tym zaklinowania, zranienia lub innego uszczerbku na zdrowiu. Po przedostaniu się na drugą stronę, odnaleźliśmy samochód i po krótkiej toalecie (umycie zębów i wypłukanie ich wodą mineralną z butelki) udaliśmy się na zasłużony sen, by następnego ranka rozpocząć kolejny dzień pełen przygód!
PS Proszę wybaczyć jakość mediolańskich zdjęć, nasz oddział dysponował wtedy tylko komórkami typu kalkulator i nic lepszego nie dało się wyczarować.
PS1 Proszę dać znać, co sądzicie o podjętych przeze mnie działaniach bojowych! Najlepiej w komentarzu poniżej!
utworzone przez Zakreecona | cze 27, 2017 | Rozkminki
W życiu prawie każdego młodego człowieka (pamiętając, że młody to pojęcie względne!) zawsze przychodzi taki moment, w którym rzeczywistość zaczyna nachalnie pukać do drzwi (prawie tak uporczywie jak mój sąsiad pewnego poranka). Wtedy ten młody człowiek musi zrobić dwie rzeczy:
- Znaleźć wybranka serca (o ile jeszcze nie ma), który zobowiąże się, że nie opuści Go, dopóki kredyt Ich nie rozłączy (tak Im Dopomóż Rodzice i wszyscy fundatorzy wkładu własnego).
- Następnie, wspólnie z wybrankiem zastanowić się, gdzie woleliby mieszkać: w domu, czy w mieszkaniu?
Dobra, z tym pierwszym punktem trochę przegięłam, coś czuję, że jakiś lincz mógłby tu na mnie zaraz spać, albo przynajmniej wysłanie na blogową banicję, a tego wolałabym uniknąć, dlatego wszem i wobec chciałabym swoich kochanych czytelników poinformować, że był to żart z malutkim jedynie ziarenkiem prawdy (jak to w każdym żarcie).
Niemniej jednak decyzja o kupnie mieszkania czy budowie/ kupnie domu, prędzej czy później spotka każdego, kto zechce się usamodzielnić lub przynajmniej sprawić takie wrażenie.
Pozwoliłam sobie w tym wpisie przedstawić krótkie i całkowicie subiektywne wady i zalety mieszkania zarówno w domu jak i w mieszkaniu. Nie podejmowałam tematu kosztów utrzymywania, bo bym musiała książkę napisać, do tego jeszcze daleka droga, a już tym bardziej w takiej tematyce, mam jednak nadzieję, że moje resume mimo to przypadnie Ci do gustu!
Mieszkanie

? Jest duże prawdopodobieństwo, że przebywając w łazience, usłyszysz śpiewającego sąsiada. Jeśli będzie miał talent, to siedzenie tam przestanie się kojarzyć z przykrym obowiązkiem kąpieli lub wykonywania innych czynności życiowych!
l
? Jeśli skończy Ci się cukier lub mąka, wystarczy, że wyjdziesz na korytarz, zapukasz do sąsiada i poprosisz. No chyba, że masz niemiłego sąsiada, no to wtedy idziesz do drugiego, lub piętro niżej. Cała operacja trwa maksymalnie 5 minut i jesteś w stanie załatwić to w kapciach.
l
? O ile nie mieszkasz w mieszkaniu, które mieszkaniem zwie się tylko dlatego, że musisz dojechać do niego windą, a wielkością spokojnie przewyższa niejeden domek, oznacza to, że ze sprzątaniem jesteś w stanie się uporać w ciągu 2-3 godzin (efektywnej pracy z zagonieniem wszystkich członków rodziny, zakładając, że facebook jest w tym czasie wyłączony!)
l
? Nie interesuje Cię kwestia ogrzewania, energii elektrycznej, wody i innych mediów, oczywiście pod warunkiem, że hajs pomiędzy Tobą a spółdzielnią zawsze się będzie zgadzał!
l
? Całonocna impreza może się zakończyć wizytą Policji w Twoim mieszkaniu, albo co gorsza, Twoją wizytą na komisariacie (choćby wszyscy sąsiedzi byli super i wyrozumiali, to zawsze znajdzie się jeden taki, któremu zawsze coś nie będzie pasowało)
l
? Może się zdarzyć, że coś nie pyknie z Twoją instalacją (np. wody) i możesz zalać sąsiada, albo sam zostać przez niego zalanym, wtedy własnie mieszkanie w bloku nie wyda Ci się już takie kolorowe.
l
?Powiedzenie ściany mają uszy nie wzięło się znikąd. Nie wiem, kto to wymyślił, ale z całą pewnością mieszkał w mieszkaniu.
l? W mieszkaniu może być trochę ciasno, zwłaszcza jeśli planuje się powiększenie rodziny. O ile ze wstawieniem łóżeczka być może jeszcze nie będzie problemu, o tyle wózek prawdopodobnie zamieni Twój przedpokój w istny tor przeszkód, i za każdym razem, gdy zechcesz pójśc tam, gdzie król piechotą chodzi, będziesz miał/a możliwość przećwiczyć umiejętność skoku w dal lub maksymalnego wciągnięcia brzucha.
l? Jeśli sami jesteśmy organizatorami imprez czy spotkań towarzyskich i wkurzymy tym naszych sąsiadów, to pół biedy, najwyżej nie będą mówili dzień dobry przez tydzień i wrzucą wszystkie możliwe ulotki do naszej skrzynki. Gorzej wtedy, kiedy to my znajdujemy się w sytuacji, w której to studenci z piętra wyżej właśnie hucznie oblewają zdanie ostatniego egzaminu, niemowlę z mieszkania po lewej próbuje udowodnić rodzicom, że dysponuje większą skalą głosu niż Adele, Beyonce i Whitney Huston razem wzięte, a sąsiad z naprzeciwka o 22 przypomniał sobie, że kupił ostatnio wiertarkę udarową i warto byłoby ją przetestować. Na dodatek Ty masz jutro ważne spotkanie w pracy, a wszystkie te dźwięki raczej nie układają się w przyjemną kołysankę…
Dom
? Twój dom może wyglądać dokładnie tak jak sobie zamarzysz. Chcesz mieć różową elewację w minionki, a balkon pomalowany na niebiesko w żółte gwiazdy? Proszę bardzo. Jesteś nakręcony na bycie eko i masz zamiar zamontować u siebie panele słoneczne albo mini wiatrak? Nic nie stoi na przeszkodzie. Ogranicza Cię tylko Twoja wyobraźnia i …. zasobność portfela.
l
? Prawdopodobieństwo pojawienia się policji po imprezie w domku jednorodzinnym praktycznie jest zerowe, no chyba, że naprawdę Twoi sąsiedzi (o ile takowych masz!) mają mocno wyostrzony słuch! (Kurde, nie wiem dlaczego ja ciągle coś z tą policją!)
l
? Nie ma większej przyjemności niż zjedzenie śniadania na własnym tarasie, spędzeniu leniwego popołudnia na trawniku przed domem czy zorganizowaniu grilla dla znajomych. Wprawdzie trzeba to wszystko pielęgnować, żeby nie straszyło przechodniów i żeby samemu nie nadziać się na pokrzywy, ale w przy odrobinie dobrej chęci jest to do zrobienia.
l
? W końcu Twoje ubrania mogą się znaleźć w jednym miejscu (garderoba to teraz standard) i nie ma konieczności upychania ciuchów w każdym możliwym kącie. Prawdopodobnie masz też dużo miejsca na rzeczy z kategorii „nie wiem co to, ale na pewno kiedyś się przyda”.
l?W domu na pewno będzie wygodniej Twojemu zwierzakowi, szczególnie jeśli zamiast rybek, chomika, yorka, lub pudelka, postanowisz zostać opiekunem owczarka niemieckiego, husky’ego, słonia lub żyrafy.
l? Skończy się odwieczny problem jeżdżenia po osiedlu i szukania miejsca parkingowego. Na Twoim podwórku prawdopodobnie będzie miejsce nie tylko dla Twojego samochodu, ale zgodnie z zasadą „jak się popieści, to się wszystko zmieści” Twoi znajomi również powinni bez problemu móc zaparkować za każdym razem, gdy postanowią Cię odwiedzić.
l
? Dużo miejsca, oznacza dużo kurzu i dużo sprzątania. Bez pomocy bliskich można zginąć w tym na kilka godzin, dlatego nie polecam tego robić samodzielnie!
l
? Może się okazać, że nie jest możliwe, by Twój ukochany dom został zbudowany gdzieś na rogu pomiędzy Twoją pracą, a Biedronką. W takiej sytuacji trzeba się zaopatrzyć w jakąś dobrą płytę CD, audiobooka albo odnaleźć swoje ukochane radio, bo będziesz raczej częstym gościem w swoim samochodzie.
l
?Jak Ci się coś zepsuje, albo pęknie jakaś rura, albo będziesz miał/a syf na swoim trawniku, pretensję możesz mieć tylko do siebie (zganianie wszystkiego na wrednych sąsiadów już nie będzie takie proste!)
A Wy co wybieracie? Mieszkanie czy dom? Ja docelowo chciałabym mieszkać w domku, najlepiej niedaleko centrum miasta (i kina, teatru no i oczywiście Biedronki też!), ale jednocześnie w takim, który zapewni mi ciszę i spokój z dala od zgiełku miasta. Tylko czy takie domy istnieją?
*Wpis powstał we współpracy z portalem
Extradom.