utworzone przez Zakreecona | sty 25, 2018 | Moda, Outfit, Rozkminki
Wyobraźcie sobie takie kochane kotki, które mają mięciutkie futerko, lubią tulić siędo nogi, wskakiwać na kolana i smyrać Was noskiem lub ogonkiem. Poszło? Ok, to teraz wyobraźcie sobie małe, jeszcze ślepe szczeniaczki, które właśnie piją mleko od mamy. Udało się? To na koniec spróbujcie usłyszeć w myślach śmiech niemowlaka, taki najsłodszy z możliwych. Usłyszałyście?
No, to te gnojki, o których mowa, wzbudzają uczucia dokładne o 1000% przeciwne. Nie widziałam ich nigdy na żywo, ale jak sobie je wyobrażam to mam przed oczami, takie małe trolle, które siedzą sobie cichutko, nikomu nie wadzą, a pewnym momencie jak nie przywalą obuchem w głowę! Czasami otumanią na moment, czasami na dłuższą chwilę. Zdarzy się, że wymuszą łzę, potem na chwilę znów się schowają, by za jakiś czas ponownie uderzyć znienacka. Takie małe skurczybyki, co naprawdę potrafią krwi napsuć!
Chciałam się ich pozbyć, ale mnożyły się jak gnomy w ogródku Pani Weasley i za żadne skarby nie szło ich wyplenić. Próbowałam różnymi sposobami, ale szło mi jak Syzyfowi z toczeniem głazu pod górę. Przychodziły niespodziewanie i potrafiły zepsuć mi cały dzień! Na szczęście teraz jest już dużo lepiej, prawie sobie z nimi poradziłam, ale myślę, że już zawsze będą mi o sobie przypominać.
Kompleksy (tak, tak, to właśnie o te wredne gnojki chodzi!) potrafią nieźle w głowie namieszać. Już nie przychodzą do mnie tak często (bo wiedzą, że im przyłożę z karata!). Zrozumiałam w końcu, że zawsze ktoś będzie miał większy bądź mniejszy biust, krótsze lub dłuższe nogi, proste lub kręcone włosy, małe mieszkanko bądź wielki dom. Zawsze ktoś spędzi wakacje w Koziej Wólce, a ktoś inny na Malediwach. Jeden będzie jeździł Bentleyem do pracy, a drugi Tirem na Ukrainę.
Ale tak naprawdę… Co z tego? Fakt, być może o poranku daleko mi do Penelope Cruz, a w nocy śpię na zwykłym łóżku, zamiast na pieniądzach. Nie jeżdżę autem jak Robert Kubica, nie pływam jak Otylia Jędrzejczak (nawet wręcz przeciwnie!), a co najgorsze…nie poznałam jeszcze Roberta Lewandowskiego! Jestem sobie po prostu zwykłą Monią, co to jeszcze nie zje, a już się ubrudzi, co najpierw powie, a potem pomyśli, co chciałaby zwiedzić cały świat i jeszcze więcej, ale ten hajs coś
nigdy się nie zgadza.
Tak już musi być. Każdemu coś się dostało, Ja na ten przykład, jak rozdawali biust, to stałam w kolejce po kręcone włosy, w moim terminie nie dało rady mieć tych dwóch rzeczy na raz (a jak jest tu ktoś taki niech się szybko przyzna i powie jakie miał układy!).
PS Ten sweter nie jest zmechacony, to po prostu lustro było brudne… Chyba czas w końcu zrobić wiosenne porządki.

PS Sweter kupiłam w
Esprit w świetnej cenie 40 zł (trzeba mieć niezłe szczęście, żeby upolować tam coś w tej cenie). Najbardziej podoba mi się w nim dekolt typu “no dekolt” I odkryte nadgarstki, na których punkcie również mogłabym mieć (lecz nie mam!) kompleksy, bo są chude jak badylki! Nie mam wiele rzeczy z tego sklepu, ale jeśli już na coś się skuszę, to zawsze jestem zadowolona, ciuchy są dobrej jakości, a jedno pranie nie powoduje, że nadają się już tylko do mycia podłogi:) Sprawdźcie na stronie podobny
sweter z bawełny organicznej -zalinkowałam do swetra w tym samym kolorze, ale może na wiosnę warto zaopatrzyć się w coś weselszego?
Jeśli chodzi o spódnicę, to moją dorwałam na wyprzedaży w Stradivariusie (40 zł).
Fot. Ilonka!
Kochane! Nie dajcie się tym gnojkom! Każda z nas, ma coś, z czego może być dumna. Wystarczy to dostrzec… i być szczęśliwym!
*Post powstał przy współpracy z Marką Esprit.
utworzone przez Zakreecona | sty 21, 2018 | Hiszpania, Podróże
Czasami nachodzi mnie taki kaprys, żeby się ładnie ubrać do pracy. To znaczy, nie mam na myśli tego, że normalnie chodzę jak ten flejtuch, a czasami od wielkiego dzwonu ubiorę czystą bluzkę. Chodzi o to, że zdarzają się takie dni, że mam ochotę ubrać spódnicę, wskoczyć w botki na obcasie, a nawet pomalować rzęsy! No i właśnie ostatnio nadszedł taki dzień, zrobiłam wszystkie wymienione wcześniej czynności (przed 7 rano!) i opuściłam swoje lokum w celu udania się na przystanek. Mój spacer od zamknięcia drzwi mieszkania do posadzenia tyłka w tramwaju trwał ok. 5 minut. W tym czasie jednak wypizgało mnie tak niemiłosiernie, że myślałam, że ducha wyzionę. Gdy wchodziłam do tramwaju byłam przekonana, że jedną nogą jestem już na tamtym świecie, a oczami wyobraźni widziałam nagłówek z Faktu „”Już nie ZAKRĘCONA, a PRZEKRĘCONA – zginęła, bo wyszła z domu w spódnicy”. Na szczęście, gdy temperatura mojego ciała osiągnęła wartość dodatnią i okazało się, że jednak nie dokonuję jeszcze swojego żywota, stwierdziłam, że w sytuacji, gdy perspektywa najbliższego wyjazdu w ciepłe kraje, wcale nie jest aż taka bliska, jedyne co mnie może podczas takiej pogody uratować, to ciepłe wakacyjne wspomnienia. Dlatego dzisiaj wracam do Was z dalszą częścią relacji z moich październikowych wakacji. Tym razem pod lupę idzie Serce Katalonii, czyli Barcelona.

Co mnie tutaj przywiodło? Powód był dosyć prozaiczny – moja przyjaciółka odbywała w Barcy staż w ramach programu Erazmus, z tego więc powodu postanowiłam, że nasze wakacje zorganizujemy w taki sposób, żeby Ją odwiedzić i chociaż na 2 dni zahaczyć o Barcelonę.
Pamiętacie mój post o Mardycie
Zabrakło między nami chemii? Marudziłam wtedy trochę, że Madryt nie ma „tego czegoś”. W przypadku Barcelony moje odczucia były zgoła odmienne. Otóż stolica Katalonii zdecydowanie ma to coś i na dodatek ma „tego czegoś” bardzo dużo.

Wyobraźcie sobie sytuacje, w której przychodzi do Was ktoś, kto mówi: „Słuchaj, zabieram Cię własnie do wehikułu czasu, po wylądowaniu masz 2 minuty, żeby zgadnąć, gdzie jesteś. Jak zgadniesz, będziesz mogła zostać tu ile chcesz, a następnie wybierzemy się do kolejnego miejsca. Jak nie zgadniesz, wracasz do swojego domu i masz bana na podróże przez kolejny rok”. Jakby przytrafiło mi się coś takiego, a nieznajomy z wehikułu czasu zabrałby mnie do Barcelony, to zapewniam Was, że zgadłabym to w czasie krótszym niż 2 minuty, bo co jak co, ale niejaki Antonio Gaudi bardzo się postarał, żeby Barcelona wyróżniała się spośród tłumu innych miast i nie dała się pomylić z żadnym innym. Budynki o nietypowych kształtach, brak kątów prostych, w zamian za to owale i elipsy w każdej postaci. A to wszystko zwieńczone feerią mozaik we wszystkich kolorach tęczy. Miał Chłopak wyobraźnię i w głównej mierze dzięki temu Barcelona jest aktualnie jednym z najczęściej odwiedzanych europejskich miast (podobno stolicę Katalonii odwiedza rocznie ponad 7 mln turystów!)

Wielka popularność tego miasta ma też swoje minusy – na najsłynniejszej plaży La Barceloneta nie da się spokojnie wysiedzieć, bo nie ma 5 minut, w których nie podszedłby do Was ktoś i nie próbował sprzedać okularów, selfiesticka, masażu tajskiego, zimnych napojów, tatuaży, torebek PraDDy, Michaela COrsa, Giorgia ArMMAniego i tym podobnych. Wizyty w najpopularniejszych miejscach, trzeba zaplanować przynajmniej na kilka dni do przodu, a bilety kupić przez internet, bo w przeciwnym razie o wejściu do Sagrady Familii czy Parku Guell będzie można jedynie pomarzyć.
No i chyba najistotniejsza rzecz- ceny. Barcelona jest z całą pewnością jednym z droższych miejsc jakie miałam okazję odwiedzić. Nocleg cudem udało się znaleźć za ok. 85 zł za osobę za noc – i była to najtańsza możliwa opcja, która odpowiadała naszym wymaganiom (apartamencik dla 6 osób z dwoma pokojami, przechodnim salonem i kuchnią, razem może z 40 metrów, a może nie). Ja wiem, że to może nie jest jakaś wygórowana cena, ale ja zazwyczaj podczas moich podróży staram się znaleźć zakwaterowanie do ok. 40-50 zł za osobę. A tutaj nawet jakbyśmy chcieli w hostelu w pokoju wieloosobowym spać, to byłby wydatek ok. 20 euro/os.
Na koniec ma dla Was garść praktycznych informacji, ufam, że przydadzą się, gdy podobnie jak moja Siostra traficie na bilety lotnicze w cenie 15 euro w dwie strony! No dobra, takie okazje nie zdarzają się za często, więc nawet jak kupicie bilety lotnicze trochę drożej, ufam, że moja wskazówki się Wam przydadzą:
1) Dojazd z lotniska do Miasta (głównego lotniska El Prat) – oczywiście istnieje metro, ale podobnie jak w Madrycie musicie liczyć się z dodatkową opłatą lotniskową, która wynosi 3,5 euro za osobę. Jeśli chcecie uniknąć tego wydatku, to po wyjściu z samolotu, podążajcie za znakami prowadzącymi na pociąg (linia R2 Nord). Jeśli wysiądziecie na terminalu 2A, to musicie zjechać po schodach w dół, a następne kierować się w lewo, do samego końca. Potem schodami w górę i zobaczycie coś na wzór kładki/ łącznika nad drogą. Kładką to musicie przejść jakieś 100-150 metrów aż wylądujecie na stacji pociągów. Będą tam też biletomaty, polecam kupić taki na 10 przejazdów – wychodzi najtaniej. Jeśli wylądujecie na terminalu 1, musicie kierować się za znakami na pociąg, które doprowadzą Was do przystanku autobusowego, z którego odjeżdża bezpłatny shuttle bus, który zabierze Was na terminal 2. Jak już wsiądziecie do pociągu, czeka Was ok. 20 minutowa podróż na stację Passeig de Gracia, gdzie możecie się przesiąść i dojechać do docelowego miejsca.
kk
2)
Bilety wstępu – Do większości najbardziej popularnych miejsc w Barcelonie bilety można kupić przez internet. Serdecznie polecam Wam takie rozwiązanie, szczególnie w wysokim sezonie – w przeciwnym razie może się okazać, że pula biletów na dany dzień/ dni będzie wyczerpana i będziecie musieli obejść się ze smakiem. Za wstęp do Parku Guell (płatnej części) zapłacicie 7 euro,
bilety do kupienia pod tym linkiem – przy czym bilet nie obejmuje wstępów do muzeum znajdujących się na terenie parku. Jeśli natomiast marzy się Wam, by odwiedzić miejsce uznawane za największe architektoniczne dzieło Gaudiego, czyli przepiękny i nietypowy kościół, budowany bez przerwy od ponad 130 lat to
bilety do Sagrady Familii możecie nabyć tutaj – cena 15 euro w podstawowej opcji, ale dla osób poniżej 30 roku życia, można trochę zaoszczędzić i zapłacić 2 euro mniej.
kk
3) Jedzenie – Ceny dań w restauracjach wynoszą od 10 euro w górę (oczywiście nie mówię to o McDonaldzie itp.). Jeśli jednak, podobnie jak ja, podczas swoich podróży nie stołujecie się za często w knajpach, to serdecznie polecam Wam robienie zakupów w znanym i lubianych Lidlu (tylko nie kupujcie tam oliwek – kupiliśmy, a to było coś najgorszego pod słońcem!). Ceny są oczywiście trochę wyższe niż w PL, ale raczej nie powinny zwalić Was z nóg. Jeśli lubicie owoce morza, to ze specjałów regionalnych polecam Paellę. Wszelkiego rodzaju Tapas (przekąski) również są warte grzechu, ale równie dobrze kupicie je w markecie – będą tak samo pyszne, a w Waszym portfelu zostanie trochę pieniędzy.
EDIT. Moja przyjaciółka Y. kazała Wam powiedzieć, że dobrym sklepem jest także supermarkety MERCADONA, które znajdują się w prawie każdej dzielnicy i można tam kupić regionalne produkty.
kk
4)
Dodatkowo – Polecam wybrać się na Zachód/ Wschód Słońca na
Bunkers del Carmel. Znajduje się tam przepiękny punkt widokowy na Barcelonę (zobaczcie na ostatnim zdjęciu), gdzie będziecie mogli podziwiać panoramę 360 stopni! Podczas zachodu słońca można tam spotkać naprawdę dużo osób, ale o poranku jest ich zdecydowanie mniej (oprócz nas były tam może z 2 osoby). Wschód słońca w październiku zaczyna się ok. godz. 8.00 – więc nawet osoby, które nie są rannymi ptaszkami powinny bez problemu wstać o tej godzinie, by zobaczyć to piękne zjawisko! Na blogu
na walizkach dowiecie się więcej o tym miejscu i przeczytacie o wskazówkach dojazdu.
kk
Spodenki – Pull&Bear (%% ok. 35 zł)
Bluzka – House (%% ok. 20 zł )
Okulary – Parfois (prezent)
Sandały – Lasocki
Jeśli podobnie jak ja masz stałą pracę, a podróżowanie jest Twoją pasją i najchętniej każdą wolną chwilę poświęcałabyś na odkrywanie nowych miejsc, to z pewnością się dogadamy!
Fot. Ja i Kuuuba!
Byłyście w Barcelonie? Jakie wrażenia? Wróciłybyście tam jeszcze raz?
utworzone przez Zakreecona | gru 31, 2017 | Rozkminki
Cieszę się, że w przerwie między przygotowywaniem przekąsek na sylwestrową domówkę lub szykowaniu się na uroczysty bal znaleźliście chwilę, by zobaczyć jakie to podróżnicze podsumowanie przygotowała dla Was Wasza Zakreecona:D Tyle tytułem wstępu – zobaczcie jaką to byłam powsinogą w mijającym już roku, przypomnijcie sobie miejsca, które odwiedziłam i zacznijcie planować kolejne wyjazdy (tym bardziej, że do dzisiaj trwa ciekawa promocja na Ryanair, ale o tym przeczytacie dalej).
STYCZEŃ – LIPIEC
Czas pomiędzy styczniem a lipcem zleciał mi na ciągłym podróżowaniu pomiędzy Wrocławiem, Łodzią i Warszawą. Walizki prawie nie rozpakowywałam, bo się po prostu nie opłacało. W prawdzie nie byłam w tym czasie na żadnej zagranicznej wycieczce, ale przecież podróże po kraju to też podróże! Zwiedziłam kila ciekawych miejsc zarówno w naszej stolicy jak i w Łodzi, o której diametralnie zmieniłam zdanie – przeczytajcie koniecznie
moje publiczne przeprosiny za zniesławienie. Odwiedziłam także polskie góry, wdrapałam się na Ślężę i Śnieżkę, co udowodniło mi, że nawet na takich niewysokich szczytach człowiek może prawie ducha wyzionąć i mieć zakwasy przez 3 dni.
W tym okresie pojawiły się też posty z najpopularniejszej na blogu serii
WPADKI PODRÓŻNICZE. Pod tym linkiem znajdziecie artykuły o tym co wydarzyło się w Londynie, kto zaginął na bezludnej wyspie i dlaczego na jedną noc zostałam bezdomną w Mediolanie!
Resztę postów z tego okresu znajdziecie w Archiwum:)
kk
SIERPIEŃ
W sierpniu w końcu udało się wyjechać gdzieś dalej. Dzięki jednej z moich ukochanych Siostrzyczek, która w prezencie na moje 25 urodziny sprawiła mi voucher na 3 – dniowy pobyt w hotelu w Wiedniu, miałam okazję po raz kolejny odwiedzić stolicę Austrii. Post o tym jak zorganizować wyjazd do Wiednia jeszcze czeka w kolejce na publikację, ale obiecuję, że pojawi się już niedługo. O Wiedniu można gadać godzinami, można go kochać, albo nienawidzić, ale z jednym zgodzą się wszyscy – jest tam pieruńsko drogo. Przy odrobinie szczęścia na wielu rzeczach można jednak zaoszczędzić, dlatego zachęcam Wasm serdecznie, by rozważyć tę destynację jako kierunek swoich przyszłych wyjazdów.
kk
WRZESIEŃ – PAŹDZIERNIK
Dokładnie 30 września wyjechałam na swoje upragnione i wyczekiwane wakacje. Podczas 14 dni odwiedziliśmy Hiszpanię, Teneryfę, Portugalię i Włochy. Na blogu jeszcze nie ukazały się relacje ze wszystkich miejsc, ale nie bójcie żaby – już niedługo pojawią się posty z mojego ukochanego Porto (które musicie odwiedzić), Barcelony i Mediolanu. Tymczasem poczytajcie:
LISTOPAD
Jeżeli kolejnym razem zechcecie uniknąć dawania prezentu w postaci skarpetek, książki czy perfum, może dobrym pomysłem będzie zorganizowanie jakiegoś jednodniowego (lub dłuższego!) wyjazdu? Ja zdecydowałam się na
jednodniówkę w Londynie, a mój Narzeczony (bo właśnie dla niego była ta niespodzianka), gdy obudziłam go o 4.30 rano, był zaskoczony co najmniej tak, jakby anioła zstępującgo z nieba zobaczył!
Co tu dużo mówić, Londyn ma naprawdę wiele do zaoferowania, a znalezienie biletów z Polski w cenie 78 zł w dwie strony, wcale nie graniczy z cudem. Więc może, gdy następnym razem będziecie stały przed dylematem czy kupić nową sukienkę, czy może bilety lotnicze, to zdecydujecie się na to drugie? Zanim to zrobicie, przeczytajcie moje wskazówki o tym,
jak zorganizować jednodniowy wypad do Londynu (ale wskazówki będą przydatne także wtedy, gdy zechcecie swój pobyt przedłużyć o kilka dni).
GRUDZIEŃ
Moje zagraniczne wojaże skończyły się w listopadzie, ale w grudniu odwiedziłam za to Warszawę, której zapewne nigdy nie polubiłabym, gdyby nie przyszło mi tam mieszkać przez 6 miesięcy. Uwielbiam odwiedzać Łazienki, gdzie nawet zimą można spotkać kicające rude kitki czy pawie dostojnie machające piórami.
Na końcu chciałabym się też pochwalić, że liczba fanów na facebooku przekroczyła tysiąc, co mnie bardzo ucieszyło!
Na facebooku czasami opowiadam niestworzone historie z mojego życia, chwalę się jak znajdę jakiś tani bilet lotniczy, albo dzielę się moją radosną twórczością jak np. ten wiersz na motywach „Niepewności” A. Mickiewicza:
ODA DO CZYTELNIKÓW
Gdy Was nie widzę to wzdycham i płaczę,
Skaczę z radości, kiedy Was zobaczę;
Jednakże gdy Was długo nie oglądam,
Lajków mi braknie, komentarzy widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czemu lajków nie ma? Takie złe jest moje blogowanie?
Gdy weny nie miałam, nie myślałam wcale,
Abym przed Wami szła wylewać żale
;Idąc bez celu, przez Facebooku drogi,
Sama nie pojmuję, jak w moje zaszliście progi;
I patrząc na te 1000 lajków zadaję pytanie;
Co Was tu wiodło? Czyżby moje blogowanie?
Kiedy zostawiacie lajki na mej stronie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że blog zajmuje sporą część mojego życia;
A nowi czytelnicy doprowadzają do szybszego serca bicia,
I ja wtedy głośno zadaję pytanie:
Czy Wam się podoba moje blogowanie?
Kiedym dla Was tę piosenkę składała,
Wielką miałam nadzieję, by się spodobała
Pełna zdziwienia, sama się nie postrzegłam,
Skąd wzięłam myśli, jak na rymy wbiegłam;
I na końcu zapisałam takie o to zdanie:
DZIĘKI, ŻE JESTEŚCIE MOI PARAFIANIE:D
Dołącz do mnie, a obiecuję, że nie będzie to ostatni wierszyk, który napisałam:D
Na koniec, chciałabym Wam życzyć:
SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
Spełniajcie swoje marzenia i podróżujcie tak dużo ja tylko pozwala Wam pracodawca i zasobność portfela:)
Przesyłam noworoczne buziaki!
utworzone przez Zakreecona | gru 27, 2017 | Moda, Outfit, Rozkminki
Czy pisaliście kiedyś listy do św. Mikołaja vel. Gwiazdora vel. Gwiazdki z Nieba (bo słyszałam, że gdzieniegdzie to właśnie taka osobliwa postać przynosi podarki)? Ja pisałam. Wprawdzie, zazwyczaj przynosił mi to, co sobie zażyczyłam, z wyjątkiem sytuacji, kiedy 3 lata pod rząd przyniósł mi zegarek i w kolejnym roku zmusił mnie do umieszczenia w liście zdania „Wszystko, tylko nie zegarek” (a głupia byłam, bo teraz z pewnością nie pogardziłabym takim prezentem). Odpowiedzi jednak nigdy się nie doczekałam. W całkowicie odwrotnej sytuacji była za to moja przyjaciółka Y. Ona za każdym razie dostawała odpowiedź od Gwiazdora. Ale nie była to zwykła odpowiedź. Gwiazdor zawsze pisał do niej list na ozdobnym papierze, na którym zostawiał PIECZĄTKĘ z Laponii i dziękował za pozostawione dary (kawałek ciasta, pomarańcza itp). Kumacie to? Zastanawiałam się wtedy, dlaczego Mikołaj uważa mnie za dziecko gorszego sortu i nie raczy odpowiedzieć na żaden mój list choćby jednym zdaniem! Y. podpowiadała mi: Może spróbuj zostawić na oknie, żeby nie musiał szukać, albo napisz kilka takich samych listów i zostaw w różnych miejscach” – robiłam, tak jak Y. polecała, ale listu nadal nie było. W pewnym momencie ktoś brutalnie uświadomił mnie, że MIKOŁAJ NIE ISTNIEJE i po przeżyciu największego w tamtym czasie życiowego dramatu, zdałam sobie sprawę, że może jednak nie jestem wcale gorszym dzieckiem, bo jak miał odpisać mi ktoś, kogo nie ma? A jeśli chodzi o Y. tajemnica listów od Mikołaja do dzisiaj nie została rozwiązana, bo podobno pismo nie należało do nikogo z najbliższych członków jej rodziny!

Kiedyś podczas Świąt (co najmniej 15 lat temu) postanowiłyśmy z jedną z moich sióstr zrobić radochę dzieciom naszej drugiej siostry i przebrałyśmy się: ja za Elfa, a I. za Mikołaja. Performance chyba jednak nie do końca nam się udał, bo dzieci na nasz widok zalały się gorzkimi łzami, nie chciały siadać na kolanach, nie mówiąc już o jakimkolwiek śpiewaniu piosenek i odpowiadaniu na pytanie „HOHOHO, CZY BYŁAŚ W TYM ROKU GRZECZNA, MAŁA DZIEWCZYNKO?”. W takiej sytuacji nie pozostawało nam nic innego jak szybko się ewakuować, a prezenty pozostawić pod choinką.
NIE KLIKAJ LUBIĘ TO! Chyba, że jesteś krejzolką tak jak ja – wtedy czuj się zaproszona!
PS Do Panów też kieruję to przesłanie:D


Gdy wspominam czas spędzony na Erazmusie w Portugalii, trudno doszukać się dni, w których humor mi nie dopisywał. Piękna pogoda, dłuższy dzień i bliskość oceanu zapewniały odpowiednią ilość endorfin. Wraz z K. z przyczyn głównie ekonomicznych postanowiliśmy nie wracać na Święta do PL i spędzić je w Porto. Z jednej strony ekscytacja, że pierwsze Święta spędzimy w całości razem i to na dodatek w takim miejscu, a z drugiej smutek, że jak to tak bez rodziny, a proszę mi wierzyć, że najbliższą rodzinę to ja mam dużą i jak wszyscy zbierzemy się u rodziców, to wychodzą z tego prawie dwie drużyny piłkarskie. Dzień przed Wigilią, siedząc sama w mieszkaniu dopadł mnie jakieś nostalgiczny nastrój, uroniłam parę łez nad własnym losem i rozważałam powrót do domu na stopa – to nic, że pewnie dojechałabym w okolicy Sylwestra. Jak się później okazało, Święta spędzone na obczyźnie z dala od rodziny, wcale nie były takie złe. Bieganie do polskiego sklepu z nadzieją, że w końcu dotarła dostawa grzybów suszonych, pieczenie ciasteczek w piekarniku elektrycznym, który grzał tylko od góry, a kresem jego możliwości było osiągnięcie temperatury 80 stopni oraz seryjna produkcja pierogów – te i wiele innych małych czynności sprawiły, że Święta spędzone na obczyźnie miały swój niepowtarzalny urok.
A jak wyglądały Święta w tym roku? Upiekłam chyba najtwardsze pierniki świata, ale wydaje mi się, że były zjadliwe, bo jak przywiozłam je do rodzinnego domu i wystawiłam na widok publiczny, to zniknęły w tempie błyskawicy. Prezenty przystroiłam szarym papierem, gałązkami świerku i suszonymi cytrusami. Zamiast żywej choinki przywlokłam do domu badyla, pomalowałam srebrnym sprayem i owinęłam lampkami. No i okazało się, że chyba jestem wpływową blogerką(!!:D), gdyż wśród prezentów otrzymanych przeze mnie i moich bliskich znalazły się rzeczy z
listy pomysłów, którą dla Was przygotowałam.. Ja dostałam m.in. książkę
Kasi Tusk Make Photography Easier oraz
zagłówek podróżny w łowickie wzory🙂
A Wy jak wspominacie Święta z Dzieciństwa? Które Święta jak dotychczas najbardziej przypadły Wam do gustu? Czekam na odpowiedzi w komentarzach!:)
Fot. Ja, Kuba i Madzia!
Płaszcz- Orsay (ok. 180 zł)
Spodnie – Diverse (%% 20 zł)
Buty- Deichmann (%% ok. 185 zł)
Szalik – LC Waikiki (prezent)
utworzone przez Zakreecona | gru 11, 2017 | Boże Narodzenie
Podobnie jak w ubiegłym roku również i teraz publikuję moją subiektywną listę pomysłów prezentów świątecznych. Jeśli cały czas nie możecie zdecydować się co kupić bliskiej osobie i w głowie macie totalną pustkę, to dobrze trafiliście – to właśnie do Was śpieszę z pomocą! Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy gotówka wypływa z naszego portfela wartkim strumieniem, dlatego starałam się, by każdy z proponowanych przeze mnie podarków nie nadszarpnął zbyt mocno domowego budżetu i zmieścił się w kwocie ok. 50 zł. Nic nie szkodzi, jeśli 50 zł to dla Ciebie tyle co splunąć 😀 – po prostu potraktuj moje propozycje jako miły dodatek.
1. Umówmy się – mało jest dziewczyn, które nie ucieszyłyby się z biżuterii. Dlatego, jeśli przy minimum wysiłku chcesz mieć pewność, że obdarowana przez Ciebie kobieta będzie zadowolona, kup jej naszyjnik np. z symbolem nieskończoności. Te ze zdjęcia znajdziesz na
Lydiana.pl, a ceny zaczynają się od 40 zł.
kk
2. Nie wierzę, że istnieje na świecie jakaś dziewczyna, która nie uśmiechnęłaby się słodko na widok
filiżanki w kształce Chipa z Pięknej i Bestii. To będzie uroczy podarunek zarówno dla małej dziewczynki jak i dużo starszej dziewczyny – gdybym ja dostała taki kubek, to chyba popłakałabym się z radości! Nie znalazłam wiele stron, gdzie można go kupić (nie biorę pod uwagę Alliexpres), ale na
ucieszy.pl dostaniecie go za 65 zł.
kk
3. Make Photography Easier to ostatnio empikowy bestseller, czemu trudno się dziwić, autorką jest w końcu Kasia Tusk, czyli jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich blogerek. Jeśli bliska Ci kobieta interesuje się fotografią, chociażby amatorsko, lub Ty chciałabyś mieć w końcu zdjęcia z wakacji, na których nie będziesz miała uciętej połowy głowy oraz tła, w którym główną rolę gra ogromny śmietnik albo studzienka kanalizacyjna, to najnowsza książka Kasi Tusk będzie strzałem w dziesiątkę. Do kupienia już od 24 zł np. na
Merlin.pl. Nieśmiało mam nadzieję, że Mikołaj odczytał mój list i również przyniesie mi taką książeczkę w prezencie:)
kk
4. Gdy żadne materialne prezenty nie wchodzą w grę, bo obdarowana osoba dostała już w swoim życiu dosłownie wszystko, dobrym rozwiązaniem może okazać się voucher do escape roomu. W prawdzie na
Lockme, gdzie można kupić vouchery do ponad 427 escape roomów w 39 miastach w Polsc
e, najtańsze zaczynają się od 100 zł, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby był to podarunek dla pary, a nie dla jednej osoby. Miłośnicy Sherlocka Holmesa i Krzysztofa Rutkowskiego będą zachwyceni!
kk
5. Komu dane było leciec Ryanairem lub Wizzairem dłużej niż 40 minut z Wrocławia do Warszawy, ten wie, że chyba nawet w Polskim Busie jest dużo wygodniej. Miejsca mało (chyba, że przypadkiem trafiło Ci się miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym) a siedzień nie da się regulować. Oczywiście nie marudzę, bo nietaktem byłoby oczekiwać luksusów, podczas gdy moje loty, prawie nigdy nie kosztowały więcej niż 100 zł. Dla osoby, która dosyć często podrózuje poduszka „zagłówek” będzie idealnym prezentem. Nie zajmuje dużo miejsca, a na dodatek cieszy oko. Do kupienia
wraz z opaską na oczy na DaWanda za 39 zł .


1. Chcesz zostać gwiazdą estrady bez stania na scenie? Obejrzeć koncert Beyonce nie wybierając się w podróż za ocean? A może przeżyć szaloną przejażdżkę na roller costerze bez wsiadania do wagonika? Napisz w liście do Mikołaja, że idealnym prezentem dla Ciebie będzie voucher do
Virtual Reality, We Wrocławiu można wybrać się
VR Zone, teraz obowiązuje świąteczna promocja, za 60 min szalonej zabawy dla 1 osoby zapłacisz 49.90 zł, dla dwóch 79,90.
ll
2. Dobrze wiecie, że podróże to jedna z moich największych pasji, na którą byłabym w stanie wydać ostatnie pieniądze. Nie dziwcie się więc, że na liście polecanych prze mnie prezentów znajdują się książki dwóch szalonych chłopaków (są chyba młodsi ode mnie!), a już na pewno na punkcie zwiedzania świata mają bzika dużo większego niż ja. Co ich łączy? Kilometry pokonane autostopem oraz to, że swoje książki wydali samodzielnie tj. bez współpracy z konkretnym wydawnictwem! Ponadto Mateusz Koszela, autor
Podaj Piłkę Dzieciom (39 zł) pochodzi z woj. Lubuskiego, z miejscowości odległej od mojego rodzinnego miasta o jakieś 30 km. Z kolei Konrad Malinowski, autor
Na Waleta Bez Bileta (42,90) ma tak czadowy styl pisania, że nie polecam nic jeść podczas czytania, gdyż grozi to zadławieniem się (ze śmiechu!) Myślę, że taka lektura będzie dobrym prezentem nie tylko dla fanów podróżowania!
ll
3. Ręcznik sportowy na prezent jest super pomysłem nie tylko dla fitnesowych freaków! Przyda się również osobom często podróżującym, czyli takim jak ja:D – szybko schnie i nie zajmuje dużo miejsca.
Tutaj kupicie ręcznik sportowy Nike za 49 zł. Myślę, że w Decathlonie również znajdziecie duży wybór.
ll
4. Jestem wielką fanką użytecznych prezentów, dlatego ucieszyłabym się bardzo z
Ładowarki samochodowej (pod linkiem do kupienia za 41 zł). Umieściłam ten prezent w kategorii „Dla Niego”, ale myślę, że niejedna kobieta również byłaby z czegoś takiego zadowolona, szczególnie, że to głównie Panie borykają się z problemem szybko rozładującego się telefonu.
ll
5. Ostatnia z moich propozycji to mapka zdrapka z Toys4boys za 49 zł. Zdrapuj za każdym razem, gdy odwiedzisz kolejne państwo! Ciekawe jak długo zajmie Ci „pokolorowanie” całej mapy? Świetny prezent dla zagorzałego podróżnika!
ll
Dajcie znać, który prezent najbardziej przypadł Wam do gustu!:) A Wy co chcielibyście dostać pod choinkę?:) Chętnie dowiem się tego z komentarzy. Po więcej zdjęć, śmiesznych historyjek, inspiracji i informacji o promocjach nie tylko podróżniczych zapraszam Was na profil
Zakreecona.pl na facebooku!!!
utworzone przez Zakreecona | gru 4, 2017 | Podróże, Wielka Brytania
Wypad na 1 dzień do Londynu? Czemu nie!
Zanim wykorzystasz ostatnie przysługujące Ci dni urlopu, opuścisz szalenie ważny wykład (albo co gorsza laboratorium) i wydasz pozostałe na koncie złotówki na zorganizowanie jednodniowego wypadu do Londynu, musisz zadać sobie jedno ważne, ale to szalenie ważne pytanie: „Czy poradzę sobie z takim obciążeniem psychicznym?” Bo wyjazd na 1 dzień do Londynu, to nie taka łatwa sprawa…
Dlaczego?
- Bo jeden dzień, to tak naprawdę nie jest jeden dzień, a ok. 8 godzin (jak dobrze pójdzie z dojazdami na lotnisko)
- Bo trzeba będzie wybierać, czy zobaczyć Buckingam Palace, Big Bena i London Eye, czy może jednak Westminster, Tower Bridge i SkyGarden. Tak wiem, pewnie znajdą się jacyś pobratymcy Usaina Bolta, którzy dadzą radą obskoczyć te wszystkie atrakcje, zamiast obiadu na Soho, zjedzą w biegu przywiezione z Polski kanapki, ale mogę się założyć, że nawet oni nie będą zadowoleni, bo prawdopodobnie nie udą im się zobaczyć…
- Muzeum Brytyjskiego, Galerii Narodowej i Muzeum Historii Naturalnej. O peronie 9 i 3/4 nawet nie wspominam…
- Bo prawdopodobnie nie starczy czasu na zakupy na Primarku, a nawet jeśli starczy, to i tak trzeba będzie z czegoś zrezygnować….
Dlatego jeśli to Twoja pierwsza wizyta, to zastanów się, czy nie dasz rady przedłużyć jej o kilka dni.
Jeśli natomiast:
- niestraszne Ci spędzenie ponad 20 godzin poza domem, w tym ok 10 w podróży;
- jesteś krejzolką, która lubi czasami oderwać się od codzienności;
- dawno nie miałaś obcej waluty w portfelu,
- szukasz oryginalnego pomysłu na prezent dla bliskiej Ci osoby.
- do Londynu jedziesz kolejny raz
- do Londynu jedziesz pierwszy raz, i chcesz zrobić obczajkę, czy warto wpaść na dłużej,
- masz ochotę pospacerować po Hyde Parku;
- chcesz zobaczyć policjantów na koniach;
- chcesz sprawdzić czy most nad Tamizą, który zawalił się w ostatniej części Harrego Pottera nadal stoi;
- masz ochotę na cup of tee;
- masz nadzieję, że spotkasz Hugh Granta, Colina Firtha lub w ostateczności Księcia Harrego (chociaż niestety od paru dni jest już zaręczony:( )
To ten post jest dla Ciebie!
Znacie mnie, więc wiecie, że swoje wyjazdy organizuję budżetowo, ale w granicach rozsądku. Dlatego będę proponować Wam korzystanie z usług tanich linii lotniczych, tj. znanych i lubianych Wizzair oraz Ryanair.
Bilety lotnicze
Do Londynu można dolecieć z wielu polskich lotnisk, nie w każdym przypadku jest jednak możliwe, żeby jednego dnia obrócić w dwie strony. Moim skromnym zdaniem najwygodniejsze połączenie (o ile można mówić tutaj o wygodzie) mamy z Wrocławia linią Ryanair (o 6.35 i z powrotem o 20.30) oraz z Warszawy (Lotnisko Chopina) linią Wizzair (o 6 z Warszawy i o 21.25 z Londynu). Jak możecie zobaczyć na poniższych screenach. z innych miast też się da, ale biorąc pod uwagę dojazdy z lotnisk Stansted czy Luton, pobyt w Londynie, będzie trwał niewiele dłużej, niż obejrzenie 3 odcinków Narcosa.
Dojazd z Luton/ Stantsted do Londynu
Opcji jest wiele, a wszystko zależy od tego, ile chcesz wydać pieniędzy i jak szybko chcesz dostać się do centrum Londynu. Ja zaproponuję dwie, godne rozważenia:
Easy Bus – Ceny zaczynają się od 2 funtów za osobę w jedną stronę i kupując z pewnym wyprzedzeniem wcale nie jest tak trudno dostać te bilety w takiej cenie. Easy Bus umożliwia bardzo przydatną opcję, tj. możesz podróżować wszystkimi autobusami w ciągu +/- 60 minut od godziny widniejącej na Twoim bilecie, oczywiście jeśli są wolne miejsca, a z doświadczenia wiem, że są prawie zawsze. Więc jeśli, trochę dłużej zejdzie Ci na klaskaniu po wylądowaniu lub czekaniu na bagaż to jesteś uratowany! PS Jeśli nie możesz kupić dwóch biletów w tej samej cenie np. 2 funty o jednej godzinie, możesz kupić 2 bilety na różne godziny, a i tak bez problemu będziecie mogli podróżować razem:) Minusem tego środka lokomocji jest czas podróży. Rano, istnieje dosyć duże prawdopodobieństwo, że w ciągu półtora godziny od zajęcia miejsca w autobusie znajdziemy się Oxford Street. Popołudniowe korki mogą jednak sprawić, że zamiast poczuć się jak w Wielkiej Brytanii, będziesz myślała, że podróżujesz koleją transsyberyjską, w której zamiast widoków tajgi i Jeziora Bajkał, widzisz domy Anglików przypominające te z Privet Drive nr 4.
Stansted Express – Tutaj za bilety zapłacimy co najmniej 7 funtów w jedną stronę, bilety trzeba jednak kupić z dużym wyprzedzeniem. Kupując je na ok. miesiąc przed podróżą, będą kosztować prawdopodobnie ok 20 funtów w dwie strony. Trochę więcej, ale opcja ta ma jeden ogromny plus – brak korków i dojazd do Londynu w czasie 45 minut.
Co zobaczyć?
Nie będzie za dużo czasu na zwiedzanie, więc proponuję wybrać sobie np. jedną atrakcję i spacerować sobie bez celu. Po inspirację zapraszam na moje wcześniejsze londyńskie posty.

Londyn jest jednym z moim ulubionych miast, zaraz po Porto. Byłam tam już 3 razy, a podczas dwóch wydarzyły się historie, które mogłyby posłużyć za inspirację do napisania kolejnej powieści przez Agatę Christie… Może trochę przesadziłam (a nawet trochę bardzo), ale jeśli jeszcze nie czytałaś żadnej z moich podróżniczych wpadek, koniecznie musisz dowiedzieć, dlaczego jeden post dotyczący mojej londyńskiej podróży, nazwałam
„Za siedmioma górami…” i co wydarzyło się, gdy
przez przypadek zgubiłam Kubę na stacji metra?
4. Ile pieniędzy zabrać?
To już zależy tylko i wyłącznie od Was. Kilkanaście funtów przyda się na kawę, obiad i oczywiście zakupy w Primarku! Ale jeden dzień da radę przeżyć i bez gotówki…Ale chyba nie zaprzeczycie, że kanapki z suchą beskidzką dużo lepiej jeść na ławce w Hyde Parku niż przed komputerem w pracy:)
PS Dajcie znać, czy mieliście kiedyś okazję być na takiej jednodniówce w Londynie lub w innym mieście!
utworzone przez Zakreecona | lis 24, 2017 | Podróże
W zależności od wieku i etapu życia w jakim się znajdujemy, cieszą nas różne rzeczy. I tak na przykład małe dzieci zawsze, ale to zawsze najbardziej będą cieszyć się ze słodyczy, ewentualnie ze świeżaków z biedronki. Dla nastolatków najlepszym podarunkiem będzie tzw. hajs, który można wydać na chipsy w sklepiku szkolnym lub na Mczestaw w Mcdonaldzie, sporadycznie na ciuchy. Studenci również najbardziej ucieszą się z zielonych papierków, bo pieniędzy na piwo, a w wersji dla rodziców na ksero i książki, nigdy nie jest za dużo. Problem mamy wtedy, gdy po raz kolejny zastanawiamy się nad wyborem prezentu dla bliskiej nam osoby, a która w przeszłości otrzymała już dosłownie wszystko, od szalika, przez długopis szpiegowski, niezliczone ilości książek, części garderoby, po butelki perfum.
Tutaj właśnie zaczynają się schody! Co więc zrobić, żeby uniknąć sytuacji, w której obdarowana osoba pyta Wujka Google, czy istnieje możliwość zwrócenia przedmiotu bez paragonu, a jej uśmiech na widok podarku jest sztuczny co najmniej tak bardzo jak pakowane bułeczki mleczne z lidla? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W Twojej gestii jest wysilić mózgownicę, uruchomić najbardziej ukryte pokłady wyobraźni, przekalkulować zasobność swojego portfela oraz zasoby czasowe. Być może okaże się, że do wykonania Twojego prezentu nie będziesz potrzebował ani złotówki?
Co zrobiłam ja? Już jakiś czas temu poiformowałam K., że choćby w pracy za ten dzień mieli płacić poczwórnie, a ziemia miała się zawalić, czwartek 23 listopada musi mieć wolne i koniec. Dzień przed Kuba położył się dosyć późno, ucieszony, że nie trzeba wcześnie rano wstawać do pracy… Biedny chłopak nie spodziewał się, że zrobię mu pobudkę o 4.50 i poinformuję, że z okazji jego urodzin jedziemy na wycieczkę! Nie wystrzegłam się całkiem materialnych prezentów, bo o miejscu naszego wypadu poiformowałam Kubę wręczając mu… trzypak skarpetek, z czego jedna para miała wzorek w londyńskie czerwone autobusy, a druga w czerwone budki telefoniczne (trzecia była w kropeczki).

Na miejscu w Londynie mieliśmy tylko 8 godzin – to zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę, że poruszamy się znacznie wolniej niż Usain Bolt. Na szczęście nie była to nasza pierwsza wizyta w Londynie, bo w przeciwnym razie z pewnością czulibyśmy niedosyt. W kolejnym poście opowiem Wam co musicie wiedzieć, jeśli kiedyś zechcecie zorganizować sobie jednodniowy wypad do Londynu! Dzisiaj natomiast przedstawiam Wam foto relację z naszego pobytu z nadzieją, że nie będziecie mi długo zazdrościć, tylko szybko znajdzicie bilety lotnicze w odpowiednim termiie i cenie i sami się tam wybierzecie!
Borough Market – jeden z najstarszych i największych targów jedzeniowych w Londynie, zlokalizowany w pobliżu Tower of London.
Tower of London chyba nie muszę nikomu przedstawiać, żałuję tylko, że nie miałam okazji przejść się jego górną kładką, łącząca dwie wieże. No cóż… Trzeba będzie niedługo odwiedzić Londyn jeszcze raz!


Tutaj typowa ze mnie turystka! Plecaczek, brak makijażu włos rozwiany, poliki czerwone -jeszcze tylko mapy w ręku brakuje!


W tym wieżowcu (zdjęcie poniżej) znajduje się jedno z ciekawszych miejsc w Londynie, a co najważniejsze wstęp tam jest za darmo, jak więc zapewne się domyślacie, nie mogłam odpuścić sobie takiej atrakcji! O czym mowa?
Oczywiście o
Sky Garden. Podniebny ogród znajduje się na 33 piętrze. Tak jak wspominałam wstęp do miejsca, z którego rozciąga się przepiękna pannorama Londyny jest bezpłatny, należy jednak dokonać wcześniej, tj. z maksymalnie 2 tygodniowym wyprzedzeniem,
rezerwacji przez internet na tej stronie.
Londyn jest piękny, widok ze Sky Garden, jeszcze piękniejszy, ale co by nie powiedzieć, to na tym 33 piętrze naprawdę wiało jak w Kieleckim:D
Zdjęcie w większości są mojego autorstwa, a te na których widnieje moja podobizna (a nawet chyba to ja sama:D) jak zapewne domyślacie się zrobił Kubuś!
Bądźcie na bieżąco ze mną na moim
facebookowym fanpage’u Zakreecona, a z pewnością nie ominie Was post jak zorganizować jednodniowy wypad do Londynu! W kolejce czeka jeszcze post o organizacji wyjazdu do Wiednia (czyli jednego z najdroższych miast Europy) tak, by nie stracić całej wypłaty, ale jednak nie spać pod mostem! Nie mogę też zapomnieć o pozostałych zdjęciach z moich wakacji: Barcelona, Porto i Mediolan – o tych miastach przeczytacie w najbliższym czasie, jeśli tylko zostaniecie ze mną na dłużej!
Miłego weekendu!
utworzone przez Zakreecona | lis 20, 2017 | Outfit, Rozkminki
Jeśli w sobotni poranek, po przebudzeniu już wiesz, że mimo pełnej lodówki, nie zdołasz ugotować nic jadalnego na obiad, parzona kawa zalana wodą z czajnika tym razem nie postawi Cię na nogi, a sytuacji nie poprawi nawet jedzenie kanapek z Nutellą w pościeli do wieczora i oglądanie po raz szósty Bridget Jones, to wiedz, że coś jest na rzeczy.
Prawdopodobnie dopadła Cię ciężka, na szczęście łatwo uleczalna dolegliwość, skrótowo nazywana ABCH tj. Absolutny Brak Chęci. Jak to w każdej chorobie bywa, żeby pozbyć się objawów należy rozpocząć leczenie. Na szczęście tym razem obejdzie się bez wizyty u doktora, ale przydatny może okazać się narzeczony/ chłopak/ mąż/ przyjaciółka/ siostra/ pies – innymi słowy, ktoś, kto dotrzyma nam towarzystwa, a przede wszystkim zachęci lub przymusi do wyjścia z domu.
A teraz moja recepta na pozbycie się tego choróbska:
k
Faza 1
– Chociażby poduszka działała jak magnes, a w głowie tajemniczy głos szeptał “LEŻ! LEŻ! LEŻ!”, Ty musisz koniecznie wyjść z łózka. W tym momencie następuje najtrudniejsza faza leczenia, ale jeśli uda się ją przejść pomyślnie dalej powinno być już z górki.
– Zjedz śniadanie, ale za żadne skarby nie możesz go zrobić sama. Z doświadczenia wiem, że najlepiej smakuje śniadanie przygotowane przez Narzeczonego, ale jeśli akurat żaden narzeczony nie znajduje się pod ręka, to może być to śniadanie przygotowane przez kogokolwiek.
– Ubierz się – ja wiem, że zaczynam od podstaw, ale objawy
ABCH naprawdę sprawiają, że brak nam chęci na takie podstawowe czynności! Odrzuć jednak myśli o dresach tak jak ananasa z pizzy. Tym razem musisz ubrać się bardziej wyjściowo. Załóż naszyjnik (podobny do mojego kupisz na na
Lydiana), pomaluj usta. Zrób coś czego nie robisz na co dzień!
Faza 2
Teraz musisz sobie zadać bardzo, ale to bardzo ważne pytanie – Co chcesz dzisiaj robić? W sytuacji, w której ma się ochotę zupełnie na nic, może to być trudne, ale skoro udało Ci się już wstać, ubrać się i zjeść śniadanie, to z pewnością dasz radę. Kawa i ciastko w kawiarni, o której tyle słyszałaś, ale nigdy nie było Ci do niej po drodze? Wyjście do muzeum/ galerii, będącej must have, dla wszystkich turystów, a Ty mimo, że mieszkasz tu 5 lat, jeszcze nie miałaś okazji jej odwiedzić??
A może zadowoli Cię zwyczajne wyjście na zakupy? Podczas weekendów, raczej nie polecam, ale czasami nie ma innego wyjścia. Jeśli nie chcesz popłynąć z hajsem tak jak Wisła do Bałtyku,
przeczytaj o moich sposobach na udane zakupy.
Faza 3
W tym momencie, powinny już być zauważalne pierwsze zmiany w nastroju, a na twarzy można wyodrębnić pewien grymas na kształt uśmiechu. Dodatkowo, jeśli wybrałaś się na zakupy, to Twoje konto prawdopodobnie zostało uszczuplone o pewną kwotę, jest to jednak cena, którą dla większego dobra trzeba ponieść, bo chyba nie istnieje takie leczenie, które nie miałoby skutków ubocznych.
Uważaj jednak! Mimo widocznej poprawy, jest jeszcze za wcześnie, żebyś przygotowywała sama obiad! W takiej sytuacji, należy udać się do ulubionej knajpy i zamówić tam coś, co sprawi, że nasze kubki smakowe poczują się tak, jakby wygrały los na loterii.
Po przejściu tej fazy, możesz czuć się całkowicie uleczoną. Teraz jesteś już przygotowana, by kolejnym razem rozprawić się z ABCH w czasie krótszym niż trwała walka Pudziana z Najmanem!
Spodnie- Szachownic (50 zł sto lat temu)
Koszula – House (ok. 30 zł w Factory Outlet)
Futro – Pull&Bear (ok. 75 zł milion lat temu)
Autorem zdjęć jak zazwyczaj jest Pan K., a za plener posłużył nam
restauracjo – kawiarnio – bar Nadoodrze, zlokalizowany przy ul. Drobnera 26A, a więc niedaleko Placu Bema, co oznacza, że jest położony w niewielkiej odległości od Polish Lodów! Także jak kiedyś los zaprowadzi Was do Wrocławia, albo jeśli mieszkacie tu i któregoś razu zamarzycie by przeżyć ucztę dla podniebienia, to wiecie pod jaki adres zapukać w pierwszej kolejności!
***
Z racji tego, że zbliżają się Mikołajki i Święta, a dla niektórych pewnie rocznice, urodziny i inne uroczystości, wybrałam dla Was
4 naszyjniki Lydiana.pl, które najbardziej mi się spodobały i samodzielnie wymyśliłam dla nich nazwy. Gdybym ja dostała w prezencie od Narzeczonego pudełeczko z naszyjnikiem w kształcie drzewka owocowego, a w środku znalazłaby się karteczka z odręcznie napisanym „Zakazany owoc ciągle krąży mi nad głową” , prawdopodobnie zgodziłabym się gotować obiady codziennie przez tydzień!
utworzone przez Zakreecona | lis 14, 2017 | Hiszpania, Podróże
Co robić na Teneryfie?
Babcia sypnęła groszem z okazji mikołajek? Właśnie doszedł niespodziewany przelew od rodziców o tytule „zaległy dzień dziecka”? A może szef w akcie wspaniałomyślności postanowił obdarować Cię premią z okazji pierwszego wtorku tygodnia? Bez względu na to, w jaki sposób dodatkowa gotówka wpłynęła na Twoje konto, istnieje parę możliwości, by ją wykorzystać:
1) Organizujesz publiczne wydarzenia na facebooku i zapraszasz ludzi do siebie na kwadrat z adnotacją, że stawiasz wszystkim piwo.
2) Idziesz do galerii handlowej i kupujesz kolejną koktajlową sukienkę, z nadzieją, że może w przyszłym roku trafi się jakieś wesele.
3) Postanawiasz wszystko przetracić na totolotka, wierząc, że może uda się pójść za ciosem i szczęście nadal będzie Ci sprzyjać.
4) Może się też wydarzyć, że podobnie jak ja prawie każdego dnia, odpalasz stronę
Ryanair – szukaj cen lub
Wizzair- wyszukiwarka cen i kupujesz bilety lotnicze na krótki citybreak, przedłużony weekend albo pełnoprawne wakacje.
Jeśli jakimś cudem zdarzy, że jako swoją wakacyjną destynację wybierzesz Teneryfę, koniecznie będziesz musiał zrobić następujące rzeczy:
2) Oszczędzać ciężko zarobione pieniądze (a może nawet i jeść gruz), żeby na Teneryfie hajs się zgadzał.
3) Kupić olejek do opalania.
6) Zaplanować pobyt dokładnie lub pobieżnie, ale tak by wycisnąć z niego przynajmniej tyle, ile Hardocorowy Koksu wyciska na klatę.
Bez względu na to, czy jesteś jeszcze (lub dopiero) na studiach i każdego dnia stajesz przed dylematem czy skserować notatki, czy może jednak lepiej kupić piwo, pracujesz w korporacji na 3 etaty, jesteś matką trojaczków, siostrą bliźniaków czy żoną strongmana, jednego możesz być pewna – Na Teneryfie nie będziesz się nudzić
kk
Moc atrakcji na Teneryfie
Michael Phelps ani Otylia Jędrzejczak z pewnością byliby ze mnie dumni, że mimo swoich marnych umiejętności pływackich wybrałam się do
jednego z najlepszych na świecie parków wodnych. Chyba nie było tam atrakcji która nie powodowałyby u mnie palpitacji serca, dygocących nóg czy znanego z filmów akcji kadru, w którym to całe życie przelatuje przed oczami, a człowiek powoli żegna się ze światem. Paraliżujący strach potęgowały przerażające krzyki dochodzące z rynien zjeżdżalni. Odwagi dodawał mi jednak widok dzieci młodszych ode mnie o przynajmniej 15 lat i niższych o 3 głowy, które bez chwili zawahania wybierały się na najbardziej szalone atrakcje (oczywiście o ile ich wzrost był odpowiedni).
Cena 35 euro za osobę, w ofercie łączonym z biletem do Loro Parku 60 euro.
PS Koniecznie obejrzyjcie filmiki atrakcji na stronie!

Loro Park
Uznawany za jeden z
najlepszych ogrodów zoologicznych na świecie, co roku gości u siebie miliony turystów. Szczególnie dzieci znajdą tu wiele uciechy – pokazy orek, delfinów i fok to wspaniałe widowisko, które zapewni rozrywkę przybyszom w każdym wieku. Podczas pokazu ork i lwów morskich wydawało mi się, że zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, a trenujący ich opiekunowie mają z nimi dobry kontakt i darzą ich uczuciem (wiem, że brzmi to trochę dziwacznie, ale tak właśnie odniosłam wrażenie). Jak jest jednak naprawdę? Tego nie wiemy, zwierzęta jak w każdym zoo, żyją tam w niewoli, wprawdzie dla „większego dobra”, ale jednak. A kilka lat temu w parku wydarzył się tragiczny wypadek, podczas Orka Show zwierzę zaatakowało swojego trenera, w wyniku czego, poniósł on śmierć. Jeśli zapytacie mnie, czy mi się podobało, odpowiem że tak, lecz jeśli będziecie chcieli, bym powiedziała, czy to polecam to miejsce, odpowiem – nie wiem. Tę decyzję pozostawiam Wam i Waszym przekonaniom.
Cena – tak samo jak w Siam Parku.
Pyszne jedzenie i Barraquito na Teneryfie
Tapas, Sangria i Barraquito
Być na Teneryfie i nie spróbować Barraquito to jak pojechać do Porto i nie wypić Porto! Albo być we Wrocławiu i nie pójść na Polish Lody albo chodzić przez 5 lat na studia i się nie obronić – niby nic takiego, ale jednak, siedzi na żołądku. Dlatego polecam wybrać się do jakiejś knajpy, chociaż jeden raz. Dobrze wiecie, że ja i K. na wycieczkach raczej nie stołujemy się w restauracjach, a jak już to naprawdę od wielkiego dzwonu, ale na Teneryfie akurat była okazja, bo zostałam Narzeczoną! Upps, prawie bym zapomniała powiedzieć co to jest barraquito – w sumie to sama do końca nie wiem, ale prawdopodobnie to rodzaj warstwowej kawy, w której jednym ze składników jest likier. Nawet jeśli ktoś kawoszem nie jest, mogę dać sobie rękę uciąć (no dobra, jednak włosy), że barrauquito przypadnie mu do gustu. Nie ukrywam, że cena również była bardzo zachęcająca – 2 euro za takie rozkosze dla podniebienia to prawie jak za darmo!

Cuda przyrody na Teneryfie
Na Teneryfie jest wiele pięknych miejsc i bardzo żałuję, że podczas 5 dni nie mogliśmy rozciągnąć czasu tak, by zobaczyć je wszystkie. Na szczęście to pretekst do kolejnego wyjazdu! Los Gigantos, Teide czy Masca, to tylko niektóre najbardziej znane miejsca. A ile jest takich, do których trafić można tylko dlatego, że przez przypadek obrało się zły zakręt, albo nawigacja straciła zasięg? To już musicie sprawdzić sami!
PS Niektóre zdjęcia są lepszej jakości, inne gorsze, bo część była robiona lustrzaną a inne moim kalkulatorem:)
utworzone przez Zakreecona | lis 6, 2017 | Hiszpania, Podróże
Jadąc na Teneryfę wiedzieliśmy, że jest to wyspa wulkaniczna. Jednak to, że znajdujący się tam wulkan jest najwyższym szczytem Hiszpanii i ogólnie najwyższym szczytem na jakiejkolwiek oceanicznej wyspie było dla nas w tamtym czasie wiedzą nieodkrytą – mam nadzieje, że moi nauczyciele geografii nie czytają tego wpisu!
Dodatkowo świadomość tego, że na wyspie która w najszerszym miejscu ma 80 km długości znajduje się wulkan o wysokości ponad 3700 metrów, przy dobrej pogodzie widoczny praktycznie z każdego miejsca, wprawiło nas w takie osłupienie, że mało na zawał oboje nie zeszliśmy. Po przyswojeniu tych informacji, gdy udało nam się już ochłonąć, jednogłośnie stwierdziliśmy, że bierzemy Wulkan Teide na nasz podróżniczy celownik!
Wprawienie w życie tego postanowienia nie było jednak wcale takie łatwe, gdyż okazało się, że:
- wejście na wulkan jest limitowane. Wprawdzie nie zapłacimy za to ani grosza, ale musimy uzyskać specjalne pozwolenie z Parku Narodowego Teide. Jeśli nie chcecie obejść się ze smakiem podobnie jak my, serdecznie polecam starać się o pozwolenie dużo wcześniej niż planowana jest Wasza wizyta, tj. nawet na ok. 2 miesiące wcześniej. Znam osoby, którym udało się zarezerwować wizytę na kilka dni przed, my jednak nie mieliśmy tyle szczęścia, bo pierwsze wolne terminy, gdy próbowałam rezerwować pozwolenie w połowie września były dostępne dopiero na listopad.
- Na wysokość ok. 3500 metrów można dostać się pieszo lub kolejką liniową i tam pozwolenie nie jest wymagane. Piesza wędrówka zajmie nam cały dzień i dla niewprawionych w bojach piechurów może być dosyć wyczerpująca, gdyż na pewnej wysokości powietrze jest już dosyć rozrzedzone, trudniej się oddycha, a organizm łatwiej się męczy. Kolejka z kolei kosztuje ok. 27 euro w dwie strony (nie pamiętam już dobrze) i rusza z miejsca położonego na ok. 2400 metrów nad poziomem morza.


Tutaj widok na Teide z tej perspektywy. Jeśli chcecie z jednej strony poczuć się jak w Puszczy Białowieskiej, a z drugiej doświadczyć widoków niczym na teksańskiej pustyni, to wycieczka w okolice wulkanu zapewni Wam takie atrakcje. Drogi prowadzące w okolice kolejki na wulkan są bardzo dobrze oznaczone, szerokie i bezpieczne. Gorzej z drogami dojazdowymi z miasteczek położonych na dużo niższych wysokościach. W pewnym momencie jechaliśmy z Kubą tak wąską i stromą drogą, że w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że to droga dla samochodów (nawet dwa smarty by się obok siebie nie przecisnęły). Okazało się jednak, że chyba w najbardziej stromym miejscu o odczuwalnym nachyleniu 100% – bez kitu, dla mnie to była pionowa ściana – znajduje się przystanek autobusowy – naprawdę wielki szacun dla tamtejszych kierowców autobusów!
W oddali widać słupy kolejki liniowej.
Nie pytajcie o co chodziło, bo niestety sama nie wiem.
Bluzka – prezent (F&F)
Spodenki – Stradivarius (39 zł)
Okulary- Szachownica (10 zł)
Buty – Adidas ZX Flux (już nie pamiętam, ale chyba ok. 280 zł)
Prawie jak Route 66!
A taki widok miałam, gdy K. postanowił zapytać mnie czy zostanę jego żoną!