Cześć i czołem! Oto ja, Wasza Zakręęcona organizatorka budżetowych podróży po Europie! Gdzie zabieram Was tym razem? Tytuł posta nie jest przypadkowy, tym razem spędzimy weekend w przepięknym mieście nad pięknym, modrym Dunajem! Sprawdźcie szybko stan konta i zobaczcie, czy da radę jakoś zmieścić w budżecie 3 dniowy wypad do Wiednia!
Jak dostać się do Wiednia?
Wszystko zależy od tego, w jakiej części kraju mieszkacie. Poniżej opisuję kilka opcji propozycji, jak możecie zrealizować swój wypad do WiedniaL
Samolotem z Warszawy
EDIT.
Wizzair wprowadził bezpośrednie połączenie pomiędzy Warszawą a Wiedniem, a wykasował połączenie pomiędzy naszą stolicą a Bratysławą, więc poniższe screeny ze strony Wizzair nie są już aktualne.
Lot linią Wizzair Warszawa – Bratysława (bilety można dostać w cenie 44 zł), a następnie przesiadka na autobus z Bratysławy do Wiednia linią Slovak Lines.
Przy dobrym zgraniu biletów, taki dojazd z Warszawy może kosztować ok. 90 zł +2 euro. Pamiętajcie, że tańsze bilety autobusowe kursują z przystanku Bratislava, Petržalka, Einsteinova/ MHD. Jeśli chcecie wyruszać do Wiednia bezpośrednio z lotniska w Bratysławie, bilety na autobus będą kosztować ok. 15 euro. Trzeba polować na promocję, być może uda się znaleźć perełki w korzystniejszej cenie! Z lotniska na przystanek Petržalka, Einsteinova bez problemu dostaniecie się komunikacją miejską w cenie poniżej 1 euro.
Całkowity czas transferu z lotniska w Warszawie do Wiednia powinien zamknąć się w ok. 5 godzinach.
Pociągiem z Warszawy, Krakowa, Katowic.
Do Wiednia można dojechać pociągiem Intercity. Czas dojazdu z Warszawy ok. 8 godzin.
Autobusem z Krakowa.
Bezpośrednie połączenie autobusowe z Wiedniem oferuje Flix Bus
Samochodem –
Tak! To niewiarygodne, ale samochodem też można pojechać do Wiednia! Ja niestety w tej kwestii nie doradzę, nie wiem jak ma się sprawa z parkingami już na miejscu, ale jeśli wszystkie wymienione powyżej środki lokomocji nie spełniają Waszych oczekiwań, to zostaje jeszcze auto:)
Dojazd z lotniska w Wiedniu do Centrum Miasta
Tak jak wspomniałam powyżej, Wizzair zrezygnował z połączenia pomiędzy Warszawą i Bratysławą na rzecz bezpośredniego połączenia z Wiedniem. Z racji tego, że ja nie lądowałam na lotnisku w Wiedniu, nie mogę Wam doradzić z własnego doświadczenia, jak najszybciej dostać się stamtąd do centrum miasta. W internecie natomiast jest dużo informacji na ten temat i z całą pewnością pomocne będą wskazówki z linki-> dojazd z lotniska do centrum Wiednia.
kk
Komunikacja miejska w Wiedniu
Komunikację miejską w Wiedniu można porównać do tej w Berlinie – mnóstwo różnych możliwości i zawsze na czas. Kupując bilet 24 lub 48 godzinny, możecie podróżować wszystkimi środkami lokomocji – pociągami, tramwajami, metrem i autobusem. Dodatkowo możecie kupić specjalną Wien Karte, która oprócz możliowości przejazdu komunikacją miejską, daje Wam również wiele zniżek na największe wiedeńskie atrakcje. Więcej informacji na temat komunikacji publicznej w mieście znajdziecie pod tym linkiem.
Gdzie szukać noclegu?
Nie zaskoczę Was pewnie, mówiąc, że Wiedeń raczej nie należy do najtańszych miast. Planując wypad do Wiednia, musicie liczyć się z tym, że jest to jedna z najdroższych europejskich stolic. Dlatego tanich noclegów polecam szukać na znanym i lubianym Booking.com lub Airbnb. Dokonując rezerwacji z tych linków otrzymacie 50 zł zniżki w przypadku bookingu i 110 zł, jeśli skorzystacie z usług Airbnb. Ja mieszkałam w Hotelu Kaiser Franz Joseph – ale sama nie rezerwowałam tego noclegu, to był prezent urodzinowy od mojej Siostrzyczki. Myślę jednak, że jeśli macie budżet 100 zł za osobę, to znajdziecie wygodny apartamencik niedaleko centrum. A jeśli budżet na to nie pozwala śpijcie w pokoju wieloosobowym – zawsze to szansa na poznanie nowych ludzi, lub skorzystajcie z Couchsurfing!:) Dla tych, którzy nie wiedzą co to Couchsurfing, już śpieszę z odpowiedzią. Chodzi po prostu o to, że śpisz na kanapie u jakiegoś lokalsa. Cała idea couchsurfingu nie polega jedynie na „darmowym” noclegu. Chodzi o poznanie mieszkańców miasta, dzielenie się doświadczeniem, wspólne eksplorowanie nowych miejsc i zawiązywanie nowych przyjaźni. Ja z couchsurfingu korzystałam 2 razy i mam naprawdę piękne wspomnienia z tych dwóch wyjazdów. Ciekawe propozycje noclegów pojawiają się czasami na Grupoonie lub innych tego typu stronach. Bądźcie czujni, a z pewnością jakaś fajna okazja niedługo wpadnie w Wasze ręce!
kk
Wypad do wiednia – co zjeść?
To już zależy od zasobności Waszego portfela:) Z pewnością warto spróbować Sznycla po Wiedeńsku, Tortu Sachera, czy… kanapek Trzaśniewskiego! Jakież było moje zdziwienie, gdy przechadzając się głównymi ulicami Wiednia co jakiś czas migały mi szyldy z tak bardzo polsko brzmiącą nazwą. Okazało się, że założycielem tej kanapkowej sieciówki, jest nie kto inny, a Polak z krwi i kości, który swój pierwszy bar w stolicy Austrii otworzył w 1902 roku.
Jeśli zdecydujecie się na wynajęcie apartamentu, czy pokoju z dostępem do kuchni, pamiętajcie, że zawsze możecie przygotować coś sami. Ceny w supermarketach są zdecydowanie droższe niż w Polsce, ale również znacząco tańsze niż w knajpach. Polecam szczególnie śniadania przygotowywać samemu. W markecie dostaniecie mnóstwo smacznych, lokalnych produktów, a parę groszy z pewnością zostanie w portfelu!
Wyobraź sobie sytuację, że właśnie w tym momencie puka do Twoich drzwi urzędnik urody Brada Pitta albo Davida Hasselhoffa przed emeryturą. Otwierasz mu drzwi, a ten uroczyście zaczyna Ci recytować zawiadomienie o tym, że wygrałaś w konkursie na najpiękniej przystrzyżony trawnik przydomowy (albo w jakimkolwiek innym) i ma dla Ciebie nagrodę i właśnie zauważasz, że trzyma w ręku dwie koperty. Najpierw daje Ci jedną i mówi: „Tutaj masz 100 tysięcy, nie możesz ich odłożyć, dać na lokatę czy zainwestować. Masz je wydać w ciągu dwóch dni i to tylko i wyłącznie na siebie”. Następnie daje Ci drugą kopertę, po czym mówi: „A tu masz kolejne 100 tys. zł, podobnie jak z pieniędzmi z poprzedniej koperty, nie możesz ich zainwestować, ani odłożyć. W ciągu dwóch dni masz je wydać na kogokolwiek, natomiast z tej puli nie możesz wziąć dla siebie ani złotówki. Na podjęcie decyzji na co przeznaczyć pieniądze z obu kopert, masz jedną godzinę”.
I teraz pytanie do Was moje Kochane… Na co Wy wydałybyście te pieniądze? Bardzo ciekawią mnie Wasze odpowiedzi!
Nie od dziś wiadomo, że jeśli w rodzinie, wśród znajomych, współpracowników da się zauważyć jakiś spory problem, niesnaskę lub inną niedogodność powodującą pojawienie się na twarzy bliżej nieokreślonego grymasu, coś jak po wypiciu litra kwasu cytrynowego, można podejrzewać, że w 97% chodzi o pieniądze lub o tę czynność, co ma 3 litery, zaczyna się na s a kończy na x. 3% pozostaje na równie straszne rzeczy, tj. brak zaproszenia na wesele, lub komunię dziecka, niepodlinkowanie w dziękczynnym poście na facebooku lub zjedzenie w tajemnicy milki oreo.
Dam sobie uciąć sporo loków z mojej głowy, za to, że każdy z Was ma w swoim otoczeniu kogoś, kto stracił przyjaciela lub urwał kontakt ze swoją rodziną z powodu tychże wymienionych powodów.
Ale wracając do pytania, które Wam zadałam, sama chciałabym spróbować na nie odpowiedzieć.
Po pierwsze, w moim przypadku prawdopodobnie hajs by przepadł, no bo czy dałabym radę w ciągu 1 godziny zdecydować na co wydać 100 tysięcy tylko i wyłącznie na siebie, a drugie tyle na kogoś innego?
Wydaje mi się, że w drugim przypadku pewnie byłoby łatwiej podjąć decyzję – dałabym pieniądze swoim rodzicom, by kupili sobie nowy dom, lub wyremontowali istniejący. Jeśli miałabym swoje dzieci, to z pewnością oni byliby pierwsi w kolejce. A jeśli nie miałabym ani dzieci, ani nikogo potrzebującego w rodzinie, to pieniądze prawdopodobnie przeznaczyłabym na jakiś charytatywny cel, np. na Cafe Równik– jeśli jeszcze nie słyszałyście o tym miejscu, to koniecznie musicie to nadrobić. Pierwsza (prawdopodobnie, bo o innej nie słyszałam) we Wrocławiu kawiarnia, w której będą pracować osoby z niepełnosprawnością intelektualną będzie miała swoje oficjalne otwarcie już 14 czerwca, a Wy możecie być pewne, że na blogu pokaże się osobny wpis poświęcony temu miejscu.
Ale 100 tysięcy dla siebie? Podjąć decyzję w godzinę? Toż w 60 minut to ja czasem mam problem, żeby wymyślić, co na obiad zjeść, albo jaki serial obejrzeć! A tu nagle trzeba decydować co tu zrobić z takimi pieniędzmi! Przepuścić wszystko na fajny samochód? Kusząca propozycja. Zaszaleć na Champs Élysées? Czemu nie, chociaż wbrew pozorom 100 tysięcy raczej nie starczyłoby na ogromne szaleństwo. Wyjechać w podróż dookoła świata? Gdybym racjonalnie gospodarowała pieniędzy i żyła dosyć oszczędnie, z pewnością wystarczyłoby mi to na co najmniej rok podróżowania! Ale wyjechać tak samej? Bez Narzeczonego (pieniądze, mogę wydać tylko na siebie!)? Odpada.
Myślę, że chyba kupiłabym kawałek działki i postawiła na niej mały drewniany domek, nawet słyszałam kiedyś o firmie, która buduje domy za mniej niż 100 tysięcy. Domek byłby mój (tak, żeby spełnić warunki wygranej), ale mieszkałabym tam już z Narzeczonym (to chyba nie było zabronione?).
No chyba, że pomysłodawca nagrody miał na myśli, czysto konsumpcyjne wykorzystanie pieniędzy. Wtedy musiałabym się zastanowić trochę dłużej…
Koszula – Reserved (% 30 zł) – podobna tu lub tutaj
Buty- Kazar (% sto lat temu jakieś 150 zł)
Rajstopy – Calzedonia
Pasek – Reserved (40 zł)
Torebka – SH (30 zł)
Zegarek – Timex (prezent)
Teraz z okazji Dni Matki W. Kruk przygotował dla nas 20% zniżki na biżuterię i zegarki ze srebra za min. 99 zł i ze złota za min. 299 zł 🙂 Wpadnijcie koniecznie na stronę W. Kruk i poszukajcie czegoś dla swoich kochanych Mamusi (albo dla was samych, nawet jeśli jeszcze nie jesteście Mamusiami!:)
Koniecznie dajcie znać w komentarzu, na co Wy wydałybyście te pieniądze!
Jeśli post Ci się spodobał, dołącz do mojej zakręconej społeczności na facebooku. Bywa tam zabawnie, daję słowo i zdarza się, że polecam fajne miejsca, albo informuję o promocjach! Czasami będziesz się śmiała, jak Ci Państwo poniżej. To jak widzimy się na kawce u Marca Zuckenberga?:D
spotkałam fajnych ludzi (a niektórych to nawet wyczapistych w kosmos!)
zdobyłam nową wiedzę, której nie omieszkam wykorzystać w moim blogowaniu, także drżyjcie firmy hostingowe (jak już przejdę na własny hosting!), albowiem z całą pewnością jakieś serwery wysiądą od tłumu bijących do mnie czytelników!
Myślicie pewnie teraz: oho, pewnie popłynęła dziewczyna z hajsem jak Wisła do Bałtyku. A tu zdziwko Kochane! To wszystko było zupełnie za darmo! W czasach, w których za darmo nie idzie już nawet w mordę dostać, ja miałam możliwość wziąć udział w wydarzeniu, które pozwoliło mi wysłuchać rad i garściami czerpać wiedzę od ludzi, którzy przeszli już tę drogę, po której ja dopiero idę. Całkowicie bezpłatnie! Kręta i długa jest ta ścieżka jak nie wiem co, ale po takich wydarzeniach jak Blog Conference Poznań zawsze czuję, jakbym podczas swojej blogowej podróży nagle przesiadła się z osiołka do sportowego ferrari.
Bluzka – House (30 zł)
Spodnie – Zara (% 35zł)
Pasek – Reserved 40 zł
Buty- Zara (% 90 zł)
W Blog Conference Poznań brałam już udział po raz drugi i podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz się nie zawiodłam. W tamtym roku jechałam jeszcze jako nieokrzesana córka marnotrawna blogosfery, co to lubiła swojego bloga, ale traktowałam go z lekka po macoszemu. W tym roku trochę się zmieniło, chociaż niestety, z przyczyn wszelakich, blog odchodzi czasami na dalszy plan.
Na szczęście udało mi się zrobić obchód po blogowym światku, i w niektórych miejscach zatrzymałam się na dłużej. Tym oto sposobem trafiłam doJaniny Daily, która to regularnie przyczynia się do uszczerbku na moim zdrowiu (tak Janino, ze śmiechu też można umrzeć!), Arleny Witt, która bezpardonowo uświadomiła mi, że po angielsku to ja może z imprezy wyjść potrafię, ale na pewno nie rozmawiać – idźcie na jej kanał na YouTube, a zapewniam, że Wam też to uświadomi:D. Wędrując przez meandry internetu trafiłam też do Pani swojego czasu, która dosadnie potrafi wytłumaczyć, że CZAS WŁAŚNIE SPIERDZIELA CI PRZEZ PALCE, WIĘC WEŹ SIĘ DZIEWCZYNO OPAMIĘTAJ I ZACZNIJ COŚ PLANOWAĆ!
#sława #pieniądze #wielkakariera
kk
No jakby to jednym zdaniem skwitować? Było po prostu w pytę! I jak się okazuje, nie tylko dla blogerów prelekcje były ciekawe. Dyrektor kreatywny marki Zakreecona.pl tj. mój Narzeczony we własnej osobie brał ze mną udział w kilku wykładach i naprawdę w jego oczach widziałam szczere zainteresowanie!ll
kk
Spodnie – SH (chyba 4 zł)
Bluzka – Primark (2 funty)
Pasek – Reserved (20 zł)
Kopertówka – Pepco (%20 zł)
Buty – Filippo (prezent)
ll
A teraz szybkie pytanko, która stylówka bardziej przypadła Wam do gustu?
Obejrzyjcie też filmik, zmontowany naprędce, jednak bardzo dobrze oddający atmosferę tych dwóch niezwykle inspirujących dni w Poznaniu!
Co można robić w starej zajezdni tramwajowej? Włamać się i bawić w berka z psem strzegącym? Pewnie tak, trzeba tylko uważać, żeby pies nie pomylił nas z obiadem. Skakać po torach? Siedzieć i rozmyślać o życiu, w ukryciu przed Panem Ochroniarzem, mając nadzieję, że ten nie wezwie policji??
A co powiecie na propozycję spaceru do starej zajezdni tramwajowej, po to by sprawdzić co w modowym światku piszczy? By przekonać się, że z rzeczy, które masz w domu, możesz wyczarować świetne kosmetyki (lub kupić te, które ktoś już wcześniej stworzył), dowiedzieć się jak zrobić las w słoiku, zobaczyć na własne oczy ubrania uszyte w Polsce (a nie w Chinach czy Tajlandii), przymierzyć wianek ze świeżych kwiatów? A na koniec tych wszystkich atrakcji nasycić się np. bałkańskim burgerem, tajskim Pad Thaiem, czy pizzą z pieca opalanego drewnem?
Zapytacie pewnie, w jakiej to zajezdni takie cuda! Już śpieszę z odpowiedzią. Zapamiętajcie sobie adres Wróblewskiego 38 we Wrocławiu, bo to właśnie tam, w Zajezdni Dąbie, mają miejsce takie wydarzenia.
W ubiegły weekend, tj. 7-8 kwietnia miałam okazję wybrać się tam na targi Fashion Meeting (kolejna edycja już w weekend 2-3 czerwca). Nie ukrywam, że faktem, który bardzo sprzyjał mojej wizycie, jest to, że mieszkam dokładnie na przeciwko tego miejsca! Dłużej nie będę się rozwodzić, tylko dam Wam znać, jakie firmy, głównie małe lokalne biznesiki, skradły moją uwagę i myślę, że skradną także Waszą.
Czemu ta ręka świeci się jak psu jajca? A no bo wysmarowałam się na którymś stoisku jakimś balsamem i trochę za dużo mi się wzięło… Nie ma co, kremik był mocno wydajny! O dziwo na tych targach było niewiele stoisk z ubraniami, które przypadły mi do gustu, ale ta sukienka z pewnością do nich należała. Jeśli Wam też się podoba, zobaczcie więcej na Aniesbrand. Przygotowując dla Was post, zobaczyłam, że właścicielka tej marki, prowadzi także bloga, z pewnością będzie jej miło, gdy do nie zajrzycie (Blog Aniesbrand).
O takim „lesie w słoiku” marzę już od dawna, a na targach można było nawet wziąć udział w warsztatach DIY jakie takie cudo wyczarować samemu!
Jak jesteśmy już przy kwiatach, to nie mogę nie wspomnieć o mojej wizycie na stanowisku kwiaciarni Klucz do ogrodu. Przemiła Pani Basia zachęciła mnie do przymierzenia wianków ze świeżych kwiatów, a to umocniło mnie w przekonaniu, że wianek zamiast welonu, będzie dobrym wyborem na moim ślubie (który będzie miał miejsce, już w przyszłym roku!) 🙂 A Wy co preferujecie? Wianek, czy welon? W której wersji kolorystycznej bardziej się Wam podobam?
Kosmetyki węglowe są teraz bardzo popularne. Sama miałam serię kosmetyków do twarzy z czarnym węglem (która mi nie przypasowała) i z białym węglem (ta już była całkiem w porządku). A co powiecie na temat mydełka węglowego? Do kupienia na stronie SAPE – polskiej marki założonej przez dwie dziewczyny, jedna jest z wykształcenia fizykiem medycznym, a druga architektem krajobrazu. Połączyła je pasja do naturalnych kosmetyków.
Moją uwagę przykuła także polska marka Yope. Z kosmetykami jest tak trochę jak z jedzeniem, że najpierw jemy wzrokiem. No i właśnie w tym przypadku opakowania skradły moje serce:) Dużym plusem tej marki jest także cena produktów i to, że są one dostępne do kupienia również stacjonarnie (np. w drogeriach Hebe)
Co ja dzisiaj tak z tymi mydłami? Ale co ja zrobię, jak podczas targów, tych mydeł było od zatrzęsienia i ciut ciut (hmm, być może wpływ miało to, że wydarzeniem towarzyszącym były także targi kosmetyków naturalnych „Natural Beauty”…) . Mydełko ze zdjęcia poniżej do kupienia na stronie Mydło Stacja.
Nie każdy lubi klimat vintage, ale mi akurat bardzo się podoba. Myślę, że taki naszyjnik do białej koszuli musi wygląda czadersko. Marka nie jest jeszcze bardzo znana, dlatego gwarantuję, że jeśli skusicie się na jakiś naszyjnik, to będzie absolutne wyjątkowy i nikt w najbliższym otoczeniu, nie będzie takiego posiadał. Sprawdźcie więcej na fanpage’u Vintispace.
A co powiecie na ręcznie malowane, skórzane buty? Miazga co? Raczej nie udałoby się przejść przez ulicę niezauważonym 🙂 Zobaczcie więcej na Querer.
Jednym z miejsc, do którego podchodziłam najczęściej było stanowisko marki Alchemia Lasu. Sama nie wiem, czy to nazwa bardziej mi przypasowała, czy może jednak pięknie ustrojone stoisko? A może był to jednak piękny zapach i cudowna konsystencja masła do ciała? Sama nie wiem, ale z pewnością niedługo skuszę się na jakiś produkt z ich oferty.
A teraz powiem Wam coś bardzo smutnego… Te babeczki z poniższych zdjęć… One… Niestety… NIE SĄ DO ZJEDZENIA! Gdzie znajdziecie takie cuda? Szukajcie naSweetBath! Do wyboru są jeszcze kosmetyki do kąpieli w kształcie lizaków, puddingów, ciasteczek, lodów itp 🙂 Jak Wasze Dzieciaczki nie lubią się kąpać, myślę, że taki gadżet może rozwiązać ten problem!
Zwróciłam też uwagę na olejki do masażu z Mydlarni Cztery Szpaki. Mydlarnia ma w swoim asortymencie między innymi mydła (hmm, ciekawe jak to możliwe!:P), peelingi, masła do ciała, a także kosmetyki do włosów.
PS Włosy z tyłu już nie wyglądają za dobrze, dlatego w najbliższym czasie kierunek Fryzjer!:)
A co powiecie na takie bransoletki z wymiennymi klipsami? Bransoletka każdego dnia może wyglądać inaczej. Dosyć ekstrawaganckie, ale myślę, że mogą super uzupełnić prostą stylizację:)
Swoją niepowtarzalną bransoletkę możecie stworzyć na BaliClickoryginal. Pan ze stoika mówił mi, że na fanpage’u Bali Clicks często są różne promocje, więc wpadnijcie też tutaj, może uda się wyhaczyć coś w atrakcyjnej cenie:)
PS Post wyszedł z lekka przydługaśny, a i tak nie wymieniłam tu wszystkich marek, jakie wpadły mi w oko! Ale i tak mam nadzieję, że zachęciłam Was, by następnym razem wybrać się w to miejsce i samemu poszukać inspiracji.
PS1 Post oczywiście nie jest sponsorowany (ale wcale bym się nie obraziła, gdyby był:D, bo i tak polecam tylko to co samej bardzo mi się podoba!)
Dla wszystkich chorujących na wycieczkę do Porto – oto ja przybywam z lekarstwem. Niech nie trapią się więcej Wasze serca i głowy, albowiem w tym poście dowiecie się wszystkiego co będzie Wam potrzebne do zorganizowania niezapomnianego wyjazdu do krainy Porto płynącej! Poniżej znajdziecie mnóstwo praktycznych informacji, które sprawią, że zwiedzanie Porto będzie niezapomniane!
1. Jak się do Porto dostać?
Drodzy Czytelnicy, wielkie szczęście Was spotkało. Gdy jechałam pierwszy raz do Porto, podróż moja trwała chyba z 15 godzin, gdyż zmuszona byłam na 12 godzinny postój w Paryżu. W tamtych odległych czasach nie było jeszcze bezpośrednich połączeń z PL do Porto. A teraz urodzaj lotów – do Porto dolecimy z Warszawy, Krakowa, Katowic i Wrocławia. Przy dobrym szczęściu bilety można dostać poniżej 100 zł w jedną stronę (mi udało się nawet za… 44 zł!).
Jeśli cena połączeń bezpośrenich nie mieści się w Waszych widełkach, próbujcie swojego szczęścia szukając lotów przesiadkowych. Wspaniałym punktem przesiadkowym jest Mediolan Bergamo, do którego praktycznie cały rok można kupić tanie bilety z Pl, a także Paryż Beauvais. Jakbyście mieli problem ze znalezeniem odpowiedniego lotu, dajcie znać, pomogę jak mogę!
2. Jesteśmy na lotnisku co dalej?
Gdy pilot osadzi szczęśliwie samolot na płycie lotniska, a pasażerowie z wdzięczności uhonorują go gromkimi oklaskami, przychodzi czas… By zastanowić się, jak dostać się do miasta, gdzie zarezerwowaliście swój nocleg korzystając prawdopodobnie z serwisów booking.comlubairbnb(klikając w podświetlone linki macie szansę uzyskać zniżkę 50 zł przy Waszej pierwszej rezerwacji!).
W tym przypadku sprawa jest bardzo prosta, ponieważ z lotniska w Porto, oddalonego o ok. 10 km od centrum miasta odjeżdża metro. Metro jest wprawdzie dosyć nietypowe, gdyż większość jego trasy prowadzi nad ziemią, ale jakież to ma znaczenie? Można to wziąć co najwyżej za zaletę, bo jeszcze zanim skosztujecie prawdziwego klimatu miasta, będziecie mogli podejrzeć co nieco przez szybę. W Porto funkcjonuje 5 linii metra, każda oznaczona innym kolorem. Na lotnisko kursuje linia fioletowa (E). Żeby poruszać się komunikacją miejską w Porto, musicie najpierw w automacie zakupić kartę Andante. W automacie możecie zmienić język na angielski. Znajdziecie tam też dokładne informacje na jaką strefę powinniście kupić bilet. Cceny zmieniają się w zależności od tego przez ile stref miasta będziecie przejeżdżać. Nie wyrzucajcie karty, którą wypluł dla Was automat! Posiada ona pasek magnetyczny, dzięki któremu możecie używać jej wielokrotnie, tzn nabijać na nią bilet, nie płacąc kaucji za wydrukowanie:)
kk
3. Zwiedzanie Porto – co zobaczyć i ile to kosztuje?
Na temat tego co zobaczyć w Porto mogłabym chyba książkę napisać, ale żeby nie przedłużać i nie przynudzać, lecę po kolei:
Z pewnością kościół ten posiada jedne z najpiękniejszych płytek Azulejos w całym Porto. Azulejos przedstawia m.in. śmierć św. Franciszka, męczęństwo św. Katarzyny, a także inne sceny z życia świętych.
Dworzec Sao Bento
Ślepy dworzec, czyli nie ma przez niego przelotu (podobny jest w Lizbonie). Koniecznie musicie tu zajrzeć. Nasz wrocławski dworzec PKP jest ładny, ale Sao Bento to dopiero miazga.
Ksiągarnia Lello
Czy wiecie, że J.K. Rowling mieszkała kiedyś przed 10 lat w Porto? Spędzała dużo czasu w tej księgarni i podobna ta zainspirowała ją do napisania niektórych scen w jej bestsellerowej powieści. Jak się okazuje, to chyba nie przypadek, że moje dwie największe „nieludzkie” miłości to właśnie Porto i Harry Potter! Za wstęp zapłacicie 4 euro, jednak jeśli zdecydujecie się kupić jakąś książkę, to jej cena będzie obniżona o wartość biletu. Kolejki robią się już długo przed otwarciem, więc zrobienie dobrego zdjęcia niestety graniczy z cudem.
Ponte Luis I
Przepiękny, majestatyczny i robiący ogromne wrażenie.
Ribeira
Tutaj poczujesz prawdziwy klimat portowego miasta.
Kościół i Wieża Clerigos
Najpiękniejsza panorama Porto? Właśnie z wieży Clerigos! Jeśli mnie pamięć nie myli przyjemność taka kosztuje ok. 3 euro.
A z góry takie widoki:
Katedra
Swoją bliżniaczkę posiada w Lizbonie i jedno co mogę powiedzieć, to to, że nawet jak nie jesteście fanami budowli sakralnych, to ta katedra raczej przypadnie Wam do gustu.
Ratusz
Jeden z największych w Europie, z 70 metrową wieżą ozdobioną pięknym zegarem. Po prostu cudowny!
Estadio do Dragao
Dla fanów piłki nożnej i Ikera Casillasa!
Crystal Palace
Jeśli macie więcej czasu, zajrzyjcie też tutaj. Będziecie mogli podziwiać przepiękną panoramę rzeki Douro i zachwycać się cudownie zadbaną roślinnością. Z pewnością rzuci się Wam w oczy także Pawilon Rosa Mota o ciekawej kopułowej konstrukcji.
Matosinhos Beach
Chillout, leżing, plażing i smażing. A może lekcja surfingu? Po całym dniu, warto wybrać się do okolicznego portu (patrz mapka niżej) i zjeść przepyszną świeżą rybkę, albo inne dary morza.
Trasa spacerowa prowadząca z Ribeiry na Matosinhos – Niech Was ręka boska broni jechać metrem na plażę! Z plaży możecie metrem wrócić, ale na plażę koniecznie wybierzcie się pieszo. Zajmie to Wam ok 3 godzin, ale nie będziecie żałować. Po drodze możecie zrobić przystanek na kawkę, albo coś mocniejszego… 🙂 Poniżej mapka, jak mniej więcej powinna wyglądać Wasza trasa.
A takie widoki mogą Was spotkać…
Lub przed zachodem słońca:
4. Gdzie i co zjeść, żeby było dobre i tanio?
W Porto prawie wszędzie jest dobre jedzenie i na dodatek zapłacicie za nie grosze. Kto podróżował po zachodniej Europie ten wie ile trzeba zapłacić za w miarę dobry obiad w knajpie w Barcelonie czy Paryżu. W Porto z kolei za ok. 5 euro najecie się jak ta lala.
Francesinha
Już w ostatnim poście wspominałam, że koniecznie musicie spróbować Francesinhi. Ceny wahają się od 3,5 do 6 euro. Unikajcie najbardziej turystycznych ulic (np. Santa Catherina), a z pewnością zjedzenie pysznej kolacji nie zrujnuje Waszego budżetu. Jeśli zdarzy się, że będziecie mieszkać w okolic stacji metra Campo 24 Agosto, wpadnijcie do knajpki O BOM AMAR (123 Rua do Bonfirm). Pan Właściciel słowa nie umie po angielsku, ale zapewniam, głodni stamtąd nie wyjdziecie i Wasz portfel też na tym nie ucierpi. Za zestaw Francesinha, frytki i piwko zapłacicie jakieś 5,50 euro:D
A jak wygląda w środku? Jak prawie każda typowa portugalska knajpka:
Pastel de Nata
Zapomnijcie o szarlotce czy serniku pod pierzynką. W Porto je się… pastel de nata! Spróbujcie, a gwarantuję, że nie będziecie żałować. Kawa z ciastkiem za 1 euro to standardowa cena, szczególnie w bocznych uliczkach, zlokalizowanych w pewnym oddaleniu od centrum. W centrum cena może wzrosnąć nawet dwukrotnie (ohhh, ja, a to już tylko 2 razy mniej niż za kawę i ciastko w naszym „polskim” starbucksie!)
Konkretnych knajp Wam nie polecam, bo znajdują się na każdym rogu i są otwarte od rana do nocy. Na pewno znajdziecie coś dla siebie.
Świeże rybki
Jak myśliscie, gdzie można zjeść świeże ryby i owoce morza…? Czyżby w porcie? Bingo! Właśnie tam znajdziecie mnóstwo knajpek prowadzonych przez okolicznych rybaków, którzy na Waszych oczach przyrządzą, to co morze oddało im tego samego dnia. Ceny wahają się od 6 do 10 euro za osobę, ale to prawdziwa uczta dla podniebienia.
Mnóstwo knajpek znajdziecie na Rua Heróis de França (numery od ok.200 do 550) niedaleko Portu. Byłam tam w co najmniej trzech knajpach i w każdej było pysznie!
Porto
Mówiłam już o tym w ostatnim poście, do wyboru, do koloru, tylko proszę nie przesadźcie, bo może to się dla Was skończyć tygodniowym kacem (mój profesor mnie tak ostrzegał, więc chyba potwierdzone info!). Możecie też wybrać się na degustację Porto do winnic znajdujących się w Villa Nova de Gaia. Jeśli nic się nie zmieniło, to darmowe zwiedzanie oferuje winiarnia Wiese & Krohn.
5. Zwiedzanie Porto – dodatkowe wskazówki
Zgubcie się w Porto! Szukajcie własnych miejsc, które już na zawsze pozostaną w Waszej pamięci.
Jeśli chcecie zrobić ultra szybkie zwiedzanie Porto powinno wystarczyć Wam 3 dni, chyba, że chcecie większość czasu spędzić na plaży, wtedy ja najbardziej zostańcie na dłużej.
Komunikacja miejska będzie Wam potrzebna głównie, żeby wydostać się z lotniska, wrócić na lotnisko i ewentualnie wrócić z plaży do miasta. Chodźcie na pieszo tyle ile się da. Porto jest tego warte.
Jeśli macie znajomych na studiach, namówcie ich, żeby jechali tam na erazmusa. Będziecie mogli ich odwiedzić
No to jak? Kto z Was ma ochotę na zwiedzanie Porto?
Słyszałam kiedyś opinię, że świat jest zbyt piękny i zbyt wielki, żeby wracać dwa razy w to samo miejsce. Jest tyle cudownych miejsc, że nie ma co marnować czasu na odwiedzanie tych, w których już kiedyś byliśmy. Po części się z tym zgadzam, ale jednak nie do końca. Istnieje bowiem miejsce, do którego wracałabym tak często jak to tylko możliwe. Co więcej, bardzo chętnie bym tam zamieszkała! W sumie to nawet miałam okazję tam mieszkać! Jeśli odwiedzasz mojego bloga stosunkowo regularnie, to z całą pewnością wiesz o jakim mieście mówię.
Co więc sprawia, że wracam do Porto każdego roku mimo, że mieszkałam tu 5 miesięcy i znam je prawie jak własną kieszeń? W tym roku jadę tam w październiku. UWAGA, bilety udało mi się dostać za 44 zł bezpośrednio z Wrocławia!
Czytajcie więc, Kochani Moi, albowiem powiadam Wam, po lekturze tego posta, będziecie kochać Porto tak samo ja!
PS Zostańcie ze mną na dłużej, a już szczególnie wtedy, gdy macie w najbliższych planach podróż po Porto:) W czwartek ukaże się post, w którym zaproponuję konkretny plan zwiedzania, miejscówki gdzie można zjeść, opowiem trochę o cenach itp.
kk
Azulejos i wąskie uliczki
Mieszkając w Porto miałam naprawdę dużo czasu i każdego (no prawie każdego) ranka chodziłam biegać. Biegałam zazwyczaj ok. 5-6 km dziennie, wąskimi uliczkami w stronę Estadio do Dragao. Parę okrążeń wokół stadionu i z powrotem do domu. Czy jesteście w stanie uwierzyć, że podczas tych moich treningów za każdym razem wracałam inną drogą? Tak właśnie było, Porto to jedna wielka plątanina małych i wąskich uliczek (ale samochód dostawczy zawsze się zmieści!)! Znajduje się tu maksymalnie dużo domów, a wszystkie są ze sobą połączone! Nie myślcie jednak, że spotkacie tam szeregowce w stylu chałupki Dursleyów na Privet Drive nr 4 w Londynie. Im domki węższe, krzywe, zbudowane na wyższym wzniesieniu tym lepiej! Jednak wszystkie budynki w Portugalii (no prawie wszystkie) posiadają jeden wspólny mianownik – są nim płytki azulejos. Gnieniegdzie piękne, ukazujące sceny z historii Portugalii, innym razem mocno nadgryzione przez ząb czasu. Za każdym razem jednak tak samo zachwycające. I powiem więcej! Budynki, w których gołym okiem widać, że czasy świetności mają już za sobą, gdzie azulejos nie ma już tak żywych kolorów i miejscami widać ceramiczne ubytki, a z okien wystaje suszące się pranie – te są właśnie najbardziej urokliwe i tworzą klimat tego miasta.
Porto i Francesinha
Spotkania z Profesorem odpowiedzialnym za mój projekt na Politechnice w Porto były co najmniej osobliwe. Zazwyczaj spędzałam u niego ok. półtora godziny, z czego 30 minut poświęcaliśmy na omówienie projektu. Resztę na rozmowy o Portugalii lub o polskim jedzeniu (profesor był wielbicielem polskiego jedzenia i prosił mnie o przepis na gołąbki!). Podczas któregoś spotkania zapytał mnie, czy próbowałam już Porto. Kochany, dobry profesor, nie ocenił polskiej studentki stereotypowo. Myślał, że codziennie się pilnie uczy i nie ma czasu na takie przyziemne rozrywki. Ja szczerze dałam jednak do zrozumienia, że Porto spróbowaliśmy, już pierwszego dnia naszego pobytu. I kochani Moi, możecie mi wierzyć, lub nie (a najlepiej sprawdźcie to sami), ale Porto naprawdę najlepiej smakuje w Porto.
Białe, czerwone, a może różowe? Tawny czy Ruby? Starzone w beczce, czy może w butelce? Do wyboru, do koloru moi drodzy! A w dyskoncie Mini Preco (coś jak nasza Żabka), Pingo Doce (odpowiednik naszej Biedronki) czy Lidlu, najtańsze Porto dostaniecie już za ok. 4 euro.
Ze swojego własnego doświadczenia, polecam serdecznie zaopatrzyć się w Porto oraz kubeczki plastikowe (opcjonalnie) i wybrać się z przyjaciółmi na zachód słońca na jeden z najpiękniejszych punktów widokowych w Porto, tj. w parku przy moście Ponte Luis I (ten co wszyscy mówią, że to Gustaw Eiffel zaprojektował, a tutaj smuteczek, bo się okazuje, że jednak nie), ale po tej „drugiej” stronie rzeki Douro, czyli w Villa Nova de Gaia (w kolejnym poście podam dokładnę mapkę)
PS Wiem, że przepalone, ale musiałam Wam pokazać!
Francesinha
A Francesinha? Osobom dbającym o linie to danie może się nie spodobać, jednak… warto je spróbować bo to typowa potrawa z Porto, która w innych regionach Portugalii już nie jest taka popularna. Jest to coś na kształt tosta z 4 rodzajami mięsa i ogromną ilością sera, polane sosem piwno – winnym. Standardowa cena to między 4 a 6 euro (już zestawie z frytkami!). Niby trochę fastfood, ale zdecydowanie wart grzechu. Uwierzcie, że po całym dniu zwiedzania, to danie nasyci Was jak żadne inne! Próbujcie znaleźć knajpkę typowo portugalską, czyli taką, gdzie jadają Portugalczycy (zazwyczaj poznacie to po tym, że właściciel nie umie słowa po angielsku), tam prawdopodobnie Francesinha będzie najsmaczniejsza i… najtańsza!:)
Targ Bolhão
Jeśli uwielbiasz odwiedzać miejsca, w których można dostać mydło i powidło, to Targ Bolhão zdecydowanie powinien znaleźć się na Twojej liści Must See. Świeże Ryby, jajka, mięso, sery, różne rodzaje oliwek, papryczki chili, warzywa wszelakie, wyroby rękodzielnicze, rzeczy z korka, firanki, ubrania czy po prostu pamiątki. To i jeszcze więcej znajdziesz na Bolhão. Z dobroci swojego serca, serdecznie Cię przestrzegam, uważaj proszę drogi czytelniku! Jak tam wejdziesz, to prawdopodobnie długo nie będziesz chciał stamtąd wychodzić. Naucz się paru portugalskich słów (a dokładniej liczebników), jak kupisz więcej rzeczy, może da rady coś utargować z lokalnymi przekupkami:)
Ribeira
Dzielnica portowa, czyli miejsce, gdzie tętni turystyczne życie Porto. To właśnie tu przychodzą wszyscy, by zobaczyć najsłynniejszą wizytówkę w Porto, czyli most Ponte Luis I lub skosztować Porto w jednej z winnic, których tutaj nie brakuje. Tutaj zobaczycie też słynne Rabelo boats, czyli łodzie, w których dawniej transportowano wino pomiędzy doliną Douro, gdzie było produkowane a miastem Porto, gdzie było eksportowane w inne strony świata.
I to właśnie tu zapałacie prawdziwą miłością do Porto, jeśli poprzednie punkty jeszcze nie sprawiły, że macie motyle w brzuchu.
Matosinhos
Porto leży nad oceanem atlantyckim, więc jak pewnie się domyślacie ma też swoja plażę – Praia de Matosinhos. To tu przychodziliśmy pograć w piłkę w weekendy, albo w tygodniu gdy nie było zajęć. Tutaj też miałam swoją pierwszą i jedyną lekcję surfingu. To jednak sport nie dla mnie, ale Wam zdecydowanie polecam spróbować chociaż raz, tym bardziej, że w Porto surfing można uprawiać cały rok! I to tutaj zjarałam się na raka podczas mojego pierwszego tygodnia pobytu. Temperatura wskazywała jakieś 24 stopnie i nie było jakoś szczególnie słonecznie, jednak jakimś cudem słońce przedarło się zza chmur i sprawiło, że na 3 dni moja skóra przybrała świnkowo różowy kolor.
Trasa spacerowa
W pobliżu tej plaży, znajduje się też ulica, gdzie zjecie najpyszniejsze świeże rybki (najczęściej złowione tego samego dnia) na dodatek przygotowywane na Waszych oczach.
Do plaży dojeżdża linia metra (niebieska), podróż z centrum trwa ok. 25 minut i musicie wysiąść na przystanku Matosinhos Sul. Ale powiem Wam coś. Lepiej pójść tam na piechotę. Z Ribeiry na plażę Matosinhos prowadzi piękna spacerowa trasa. Zajmie Wam to ok. 3 godziny (spokojnym krokiem, z przystankami), ale wierzcie, mi, że warto.
Więcej wskazówek na ten temat znajdziecie w pościeZwiedzanie Porto co gdzie i za ile.
Kto z Was ma zaplanowany wyjazd do Porto, a kto już był? Dajcie mi koniecznie znać!
Jako, że dzień kobiet zbliża się wielkimi krokami, postanowiłam przygotować krótką analizę i interpretację kobiecych charakterów. Jak będziecie mogli zauważyć poniżej pokusiłam się także o samodzielne przygotowanie banerów, a gdy ujrzałam efekt końcowy, to aż przecierałam oczy ze zdumienia, bo chyba sami widzicie, że nie powstydziłby się tego żaden grafik komputerowy… Dlatego prawdopodobnie rzucam robotę i zaczynam karierę jako grafik! Chociaż w sumie to już sama nie wiem, czy może spróbować jednak w AGD, być grafikiem, czy zostać tu gdzie jestem…?
No ale nie o tym miał być wpis! Dlatego kochani Panowie, czytajcie i koniecznie dajcie mi znać, który rysopis najbardziej pasuje do Waszej partnerki (lub do Was drogie Panie, bo przypuszczam, że Wy też tutaj zajrzycie!).
PS Post ma charakter humorystyczny, a wszystkie przedstawione poniżej typy kobiet starałam się przedstawić jak najbardziej stereotypowo!
Zawsze uśmiechnięta, ze słuchawkami na uszach i conversami na nogach! To właśnie luzara. W jej szafie znajdziesz 3 bluzy z kapturem, jedną na zamek, dwie pary dresów, a także niezliczoną liczbę T-shirtów (często ze śmiesznymi napisami). Największa zaleta luzary? O której godzinie by się do nie nie zadzwoniło, ona zawsze jest gotowa, by wyjść z Tobą na spacer, kawę, lody, albo coś mocniejszego. Na przygotowanie potrzebuje 4 minut, czyli dokładnie tyle, by umyć zęby, założyć buty i kurtkę. Z nią nigdy nie będziesz się nudzić! Jednego dnia zabierze Cię na rolki do skateparku, a w kolejny weekend wymyśli wycieczkę w góry. To po prostu jeden wielki wulkan energii.
Nie licz jednak, że da sie zaprosić na romantyczną kolację (no chyba, że pod pretekstem koncertu Taco Hemingwaya, zabierzesz ją potem na burgera do Pasi Busa).
Zawsze w niedoczasie, z milionem nieodczytanych maili i dwoma telefonami dzwoniącymi na przemian w torebce. O kim mowa? Oczywiście o businesswoman! Kiedy do niej nie zadzwonisz, zawsze usłyszysz odpowiedź „Jeszcze muszę napisać 3 maile i od razu oddzwonię” lub częściej „Oddzwonię jak wyjdę z pracy” (przy czym należy podkreślić, że telefon był wykonany o godz. 19.00).
Jedyny termin możliwy na randkę, to dni ustawowo wolne od pracy (z wyłączeniem weekendów, bo wtedy zazwyczaj też jest w biurze, lub w podróży służbowej). Businesswomen zazwyczają mieszkają w pięknych apartamentach na wysokich piętrach z widokiem na miasto. Mają sporo pieniędzy, ale niestety brakuje im czasu, żeby je wydawać, dlatego znajomi często zgłaszają się do nich po pożyczkę (której czasami zapominają oddać).
Kiedy byś do niej nie dzwonił, ona zawsze jest w podróży lub się niej przygotowuje. Głównym tematem rozmów z Podróżniczką są promocje lotnicze, autobusowe lub inne związane z podróżowaniem. W jej bilbioteczce znajdziesz wyłącznie przewodniki lub ksiażki napisane przez podróżników. Najlepszym prezentem dla niej jest bilet lotniczy (najlepiej w jedną stronę). Jeśli do Ciebie dzwoni, to możesz być pewnym, że:
chce Ci zaproponować wycieczkę w super atrakcyjnej ofercie last minute (wyjazd jutro)
chce od Ciebie pożyczyć pieniądze, bo właśnie znalazła super atrakcyjną ofertę last minute, a że jest to już 10 wycieczka w tym roku (jest marzec) to niestety hajs się już nie zgadza.
Jest duszą towarzystwa i ma mnóstwo znajomych (większość poznała podczas podróży po całym świecie), więc możesz być pewien, że nigdy nie będziesz się z nią nudzić!
Jeśli lubisz dobrze zjeść, to idealną kandydatką dla Ciebie będzie Pani domu. Nie ma opcji, by w ciągu roku dwa razy powtórzył się ten sam obiad (spróbuj pomylić indyka w sosie pomarańczowym z kurczakiem w marynacie mandarynkowej, a Pani domu da Ci nieźle popalić!). W jej domu panuje idealny porządek, dlatego idąc do niej odwiedziny buty powinieneś ściągnąć już przed drzwiami wejściowymi (Dopiero co myłam podłogę!). Lubi wszystkie czynności domowe, począwszy od gotowania, pieczenia ciast, zmywania naczyń, poprzez prasowanie skarpetek.
Nie licz jednak, że uda Ci się wyjść w niewyprasowanej koszuli z domu. Choćbyś miał się spóźnić na najważniejsze biznesowe spotkanie w tym roku, Pani domu zerwie z Ciebie koszulę i wyprasuje tak, że nawet po całym dniu noszenia, w zgięciach rękawów nie będzie widać żadnych zgnieceń!
No i pamiętaj, że Wasz dom zawsze będzie pełen gości, bo wszyscy znajomi uwielbiają specjały przygotowywane przez Panią domu.
Zapomnij o spontanicznym wyjściu na miasto z Modnisią. Jeśli chcesz się z nią umówić, musisz zadzwonić co najmniej jeden dzień wcześniej. Zakładając, że nie jest już od dawna umówiona z przyjaciółkami na imprezę, będzie potrzebować co namniej całego dnia na wszystkie rytuały pielęgnacyjne (maska na włosy 3 h, peeling całego ciała 2 h, prostowanie włosów 2 h, malowanie paznokci 2 h, kremowanie itp. itd.) by móc wyjść z domu. W przeciwnym razie nie ma takiej opcji. Jej garderoba zajmuje całe piętro i jeszcze troche strychu, ale nie ma się co dziwić, skoro od ostatnich 12 miesięcy nie widziałeś jej 2 razy w tych samych ciuchach.
Modnisie to bardzo miłe i uczynne dziewczyny! Zawsze można z nimi porozmawiać na temat nowinek kosmetycznych albo z Pudelka. I bez względu na to czy idą na randkę czy po bułki do sklepu, zawsze wyglądają jak milion dolarów.
*********
No to jak? Który typ kobiety najbardziej pasuje do Twojej partnerki? Bo mi się wydaje…, że z pewnością reprezentuje ona cechy zarówno Luzary, Modnisi, Pani Domu, Podróżniczki i Businesswomen! I co tu zrobić, skoro ta kobieta jest taka niejednoznaczna? Jak ją zrozumieć? Jak z nią rozmawiać? A co najgorsze, jaki dać jej prezent, żeby w końcu była zadowolona? W końcu już w czwartek jest dzień kobiet!
Jaka jest więc moja propozycja dla Was, Panowie?
Co powiesz na zestaw upominkowy, który pozwoli jej na samodzielne wybranie prezentu? Niech sama wybierze spośród 35 atrakcji w całej Polsce (m.in. degustacja win, indywidualna lekcja tańca, jazda na nartach na sztucznym stoku narciarskim, masaż czekoladą, skok na bungee, manicure hybrydowy i jeszcze wiele innych). Taki voucher kupisz na stronie Prezentmarzeń. Prawda, że miazga? Proste rozwiązanie, a jakie efektowne! Nie dziękuj teraz, podziękujesz w czwartek (albo jakiegokolwiek innego dnia, kiedy postanowisz jej wręczyć taki własnie prezencik).
*****
Koniecznie dajcie znać w komentarzu, który typ lub połączenie typów kobiet najbardziej do Was pasuje! 🙂
Post powstał przy współpracy z marką Prezentmarzeń.
Dawno, dawno temu, miałam może z 9 lat, wraz z moją przyjaciółką Y. postanowiłyśmy, że nadszedł najwyższy czas, by zarobić swoje pierwsze pieniądze. Długo się nie zastanawiałyśmy i na pomysł naszego biznesu wybrałyśmy sprzedaż własnoręcznie namalowanych obrazków. O ile Y. malowała całkiem ładnie (w końcu ma Tatą artystę, część Jego dzieł możecie zobaczyć pod tym linkiem) o tyle o mnie nie można było powiedzieć tego samego. Kwadratowe głowy i ramiona, nos w kształcie dwóch kropek jak u świnki Pigi, nieproporcjonalnie wielkie stopy i dłonie, to tylko niektóre znaki charakterystyczne moich rysunków. W każdym razie klamka zapadła, a my chcąc nie chcąc musiałyśmy zaopatrzyć nasz sklep z dziełami sztuki, co sprowadzało się do tego, że dorwałyśmy kilka białych kartek do ksero i zaczęłyśmy rysować. Uznałyśmy, że 10 rysunków na początek to wystarczająca liczba i postanowiłyśmy rozpocząć sprzedaż. Naszymi pierwszymi kupcami zostali rodzice Y. płacąc nam ok. 1 zł za rysunek i, UWAGA, nie biorąc od nas rysunku, mówiąc „że to na dobre rozpoczęcie biznesu”.
Zachęcone takim wspaniałym debiutem postanowiłyśmy, że nie ma co czekać, trzeba rozpocząć sprzedaż na poważnie. Przed bramę podwórka, wychodzącą prosto na dosyć ruchliwy chodnik, wystawiłyśmy stolik, na którym poukładałyśmy nasze rysunki. Na stoliku położyłyśmy również jabłko, które miałyśmy skonsumować, gdyby podczas dnia pracy (a był to środek lata) naszła nas taka potrzeba. Parę osób z zaciekawieniem przyglądało się naszemu nietypowemu straganowi, niestety (nie wiedzieć czemu!) nikt nie chciał zakupić rysunków! W pewnym momencie przed naszym stoiskiem zatrzymał się młodzieniec (na oko 2 razy starszy niż my w tamtym czasie) przejeżdżający rowerem. Zapytał dziarskim tonem:
– Co tu sprzedajecie Dziewczyny?!
-Własnoręcznie namalowane rysunki w cenie po 1 zł każdy. – odpowiedziała dumnie któraś z nas.
Chłopak jeszcze chwilę się poprzyglądał, ale chyba nie trafiłyśmy w jego gust, bo niestety nic nie wybrał. Zapytał jednak:
– A czy jabłko też jest na sprzedaż?
I wtedy w mojej głowie zaczęła się gonitwa myśli, co mu odpowiedzieć, co mu odpowiedzieć?! I w momencie, gdy już prawie chciałam oznajmić, że nie, spojrzałam na Y., a w jej oczach ujrzałam ni mniej, ni więcej, jak miliony malutkich pulsujących dolarków! W takiej sytuacji jedyną właściwą odpowiedzią było:
– Tak, tak, my w to w sumie prowadzimy sklep wielobranżowy i jabłko też jest na sprzedaż!
– O super, a po ile?
I tutaj z Y. nie mamy pewności, bo szmat czasu zatarł już w naszej pamięci dokładną kwotę, ale jeśli wierzyć naszym wspomnieniom z tamtej chwili, to było to 5 zł. 5 zł za jedno jabłko!!!
Gdy chłopak wręczył nam monetę, wziął jabłko i się pożegnał, my nie mogłyśmy uwierzyć w nasze szczęście. Patrzyłyśmy na siebie nie będąc do końca przekonane czy to jakiś sen na jawie, czy jednak naprawdę zrobiłyśmy przed chwilą biznes życia! Pobiegłyśmy z Y. do jej rodziców z prośbą o rozmianę piątaką na drobne, bo przecież musiałyśmy podzielić się zyskiem!
Gdybym tylko mogła swoje zabawne wspomnienia z dzieciństwa lub wczesnej młodości (starość nie radość, jak to mówią!) wymieniać na monety, to uwierzcie byłabym już milionerką.
Inne rzeczy, dzięki którym bardzo szybko mogłabym się dorobić, gdyby za nie płacili:
włączanie kilka razy drzemki każdego poranka (niech będzie 50 zł za każdą drzemkę, dziennie zarobiłabym ok. 200 zł, co w prostej kalkulacji oznacza, że po 14 latach mogłabym zarobić już pierwszy milion!)
odkładanie rzeczy na później (10 zł za każdą odłożoną na później czynność, bach i co najmniej 50 zł wpada każdego dnia do kieszeni!)
marzenie o krajach, które chciałabym odwiedzić – no i tutaj milionerką zostałabym zdecydowanie szybciej, bo tych krajów, które są na mojej dream list jest naprawdę bardzo dużo!
powracanie wspomnieniami do mojego ukochanego Porto
wycieranie okularów koszulką (chyba są już permanentnie brudne, dlatego na nich zarobiłabym dosyć szybko, ale to głupiego robota, dlatego już niedługo będę miała nowe oksy, o czym z całą pewnością Was poinformuję)
No i tak bym mogła wymieniać do jutra….
No i właśnie tak zamiast zarabiać prawdziwe pieniądze, zastanawiam się, co by było, gdyby ktoś mi płacił za nic nierobienie, albo wręcz przeciwnie, robienie bardzo wielu niepotrzebnych rzeczy (oczywiście, marzenie o krajach, które chce się odwiedzić, jest jak najbardziej przydatną czynnością)!
Jakiś czas temu natknęłam się na artykuł dotyczący zasady jednej minuty. Chodzi o to, by robić od razu czynności, które nie zajmą nam więcej niż jedną minutę. Banał – pomyślicie, jako i ja pomyślałam na początku. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy się nie pomylił! Parę dni stosowania tej zasady i okazało się, że o wiele przyjemniej jest wrócić do domu, w którym łóżko w sypialni jest pościelone (1 min,), kosmetyki nie leżą porozwalane na stole/ biurku/ toaletce (30 sekund), gary nie piętrzą się w zlewie (1 minuta, gdy się myje na bieżąco, lub wkłada od razu do zmywarki), a skarpetki, albo co gorsza jedna skarpetka, bo druga zaginęła w tajemniczym okolicznościach, nie spoglądają na nas smutno z podłogi (25 sekund).
No i chyba żadna z Was mi nie zaprzeczy, że leniuchowanie lub oglądanie seriali bez wyrzutów sumienia, że w domu syf, śmieci niewyniesione, na krótkiego maila nie zdążyło się odpowiedzieć, no i Mama też czeka od kilku dni na odpowiedź na sms-a, no bo przecież nie było kiedy, jest dużo bardziej przyjemniejsze!
Super, ekstra, ale po co w ogóle to? Przecież i tak by to zajęło jedną minutę, więc czasu nie zaoszczędzimy! Niby prawda, ale jednak nie do końca. Bo jak mamy czystą głowę, to tak jakoś lepiej się żyję i czas przyjemniej leci i w ogóle wszystko jest jakieś fajniejsze I można książkę poczytać w spokoju, albo obejrzeć odcinek Belfra, albo leżeć po prostu i rozmyślać jaki biznes by tu otworzyć i po jak krótkim czasie przyniesie nam pierwszy milion zysku!
A jak jest u Was? Co robicie tak często, że gdyby za to płacono, to już byłybyście milionerkami?
A może któraś z Was wprowadziła już zasadę jednej minuty?
Jak się sprawdza? A może macie już swoje własne biznesy, niekoniecznie przynoszące milionowe dochody?
Dajcie koniecznie znać w komentarzu!
Fot. Kuba:*
Płaszcz – Orsay (%% 180 zł)
Spódnica – 17 SH (ale podobną znajdziecie w Vogue, polskie wydanie za 1904 zł, sprawdźcie tutaj)
Buty – Deichman (5 Avenue, 180 zł, super promka)
Sweter – H&M (40 zł super, promka, w składzie wełna!)
Tak jak obiecałam dzisiaj przed przed Wami post, w którym dowiecie się jak dokładnie wyglądała nasza wycieczka, ile pokonaliśmy kilometrów, co udało nam się zobaczyć, a przede wszystkim o ile uszczupliło to nasz portfel!
Jeśli więc w głowach Waszych czai się plan zorganizowania kilkudniowego wypadu na zieloną wyspę pełną owiec, to dobrze trafiliście. W poście znajdziecie informacje jak może wyglądać wasz wypad pt. Irlandia w 3 dni!
Irlandia w 3 dni – Pierwszy Wieczór
Wypożyczenie samochodu
Samolot z Wrocławia do Dublina wyruszył o godz. 18.20. Na miejscu byliśmy ok. 20.10 czasu miejscowego. W Irlandii musimy przestawić zegarek o godzinę do tyłu. Bilety kupiliśmy za 170 zł w dwie strony, o czym wspominałam Wam już w poprzednim poście, o tym dlaczego Irlandia skradła moje serce.Bilety kupiliśmy w listopadzie, a wycieczka miała miejsce w styczniu, dokładnie 26-29 stycznia. Postanowiliśmy, że na miejscu będziemy się przemieszczać samochodem. Jakoś tak szczęśliwie złożyło sie, że za auto zarezerwowane za pomocą wyszukiwarki aut na stronie Ryanair, zapłaciliśmy w przeliczeniu na złotówki… 176 zł za 3 dni!
Ubezpieczenie
W tej cenie wliczone już było ubezpieczenie od kosztów udziału wkładu własnego, które również wykupiliśmy przez stronę Ryanair. Musicie jednak pamiętać, że w wypożyczalni należy okazać kartę kredytową na nazwisko głównego kierowcy. Na karcie tej zostanie zablokowana ustalona kwota wkładu własnego (u nas było to 1400 euro), która zostanie w całości zwrócona, jeśli oddacie auto bez żadnego uszczerku na jego zdrowiu. Jeśli zdarzą się jakieś uszkodzenia, wypożyczalnia pobierze odpowiednią kwotę, a Wy będziecie musieli dochodzić zwrotu u swojego ubezpieczyciela (w naszym przypapdku była to Aviva). Jeśli nie macie jednak ochoty, by ktokolwiek blokował na Waszej karcie kredytowej tak duże kwoty, albo po prostu nie macie odpowiedniego limitu, możecie wykupić ubezpieczenie na miejscu w wypożyczalni. Jest ono z reguły jest droższe, ok. 20-30 euro za dzień. Dzięki temu jednak zostaniecie całkowicie zwolnieni z odpowiedzialności finansowej za auto i konieczności blokady ustalonej kwoty na karcie kredytowej. Do Waszej decyzji zostawiam wybór rozwiązania.
My rezerwowaliśmy auto marki Ford Focus lub podobne, a otrzymaliśmy 7 osobowego Forda Galaxy (wypożyczalnia Dolley)! To kolejny raz, kiedy rezerwujemy jakieś auto, a na miejscu okazuje się, że dostajemy model o klasę wyższy, lub dwa razy większy (oczywiście w tej samej cenie!).
Nocleg
Po załatwieniu wszystkich formalności udaliśmy się na nasz pierwszy nocleg do Tipperary House Dublin.Pokój posiadał wszelkie wygody jakie są niezbędne do spędzenia jednej nocy w Dublinie – wygodne łóżko, łazienkę, czajnik elektryczny oraz kawę i herbatę. Nie było luksusów, ale za cenę 22 euro za osobę nikt też takich nie oczekiwał. Otrzymaliśmy pokój z jednym łóżkiem małżeńskim i jednym łóżkiem piętrowym. Myślę, że na tygodniowe wakacje byłby trochę za ciasny dla 4 osób, ale na 1 noc był w 100% wystarczający.
Było tylko jedno „ale”. Zakwaterowanie jest możliwe do godz. 22. Do drzwi hostelu zapukaliśmy o 22.01 i zimny pot oblał nasze czoła, ponieważ naczekaliśmy się dobre 10 minut, zanim ktoś (a dokładnie to przemiły starszy Pan w wieku ok. 80 lat) otworzył nam drzwi. Jeśli zdarzy się, że do Dublina przybędziecie dużo później, raczej będziecie musieli poszukać sobie innego lokum.
Zniżka Booking
Nocleg jak za każdym razem zarezerwowaliśmy przez Booking.com. Jeśli Wy dokonacie swojej rezerwacji korzystając z tego linka zyskacie 50 zł na swoją podróż a i mi także skapnie się troszkę pieniążka (dokładnie tyle samo!). Myślę, że to chyba dobry biznes dla nasz wszytkich. Na dodatek potem Wy będziecie mogli wysyłać linki polecające Waszym znajomym i tak właśnie kółeczko szczęścia będzie się kręcić. Polecam serdecznie – Monika Zakręęcona Żurawska:D
Irlandia w 3 dni – Dzień 1
Dublin
W sobotę wstaliśmy ino świt, zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy na podbój Dublina. Spędziliśmy tu tylko 5 godzin, także jedynie obskoczyliśmy najważniejsze miejsca.
Spacerowaliśmy sobie beztrosko i podziwialiśmy irlandzką architekturę. Mnie szczególnie do gustu przypadły wszystkie kamienice, niesamowite szyldy nad wejściami do sklepów i przeurocze kolorowe drzwi.
Kościół Chrystusa (Christ Church)
Słynny Temple Bar.
Dublin Castle
Kilkenny
Z racji tego, że plan naszej wycieczki był dosyć ambitny i zakładał zobaczenie wielu miejsc, ok. godz. 12.30 opuściliśmy Dublin i udaliśmy się w stronę Rock of Cashel. Sprawdziliśmy jednak (jak za każdym razem pomógł nam Wujek Google), że po drodze znajduje się urocze miasteczko z pięknym zamkiem i zachwycającą katedrą, że aż grzechem byłoby tu nie wstąpić. Kilkenny było urocze jak prawie każde typowe irlandzkie miasteczko. Znajdziesz tu zadbane kamienice, zamek, kościół (podobny do zamku). Nie zabraknie też baru, gdzie będziesz mógł się napić Guinessa. Sklep z irlandzkimi pamiątkami również się znajdzie.Będziesz mógł odwiedzić też sklep z wyrobami z wełny i spotkasz naprawdę wielu turystów.
Zamek w Kilkenny.
Rock of Cashel
Po zrobieniu tzw. pomidora (czyli powolnego objazdu miasta i dookoła rynku) ruszyliśmy w dalszą drogę. Po ok. 40 minutach dotarliśmy do Rock of Cashel. My zapłaciliśmy za wstęp 4 euro od osoby. Twierdza i znajdujący się w sąsiedztwie cmentarz kojarzą mi się z jakąś tragiczną historią miłosną, rodem z Wichrowych Wzgórz. A może jednak bardziej z czwartą częścią Harrego Pottera, w której to Voldemort odzyskał siły w otoczeniu grobowców? Sama nie wiem. Niemniej jednak Rock of Cashel robi duże wrażenie górując nad swoim małym miasteczkiem. W 2011 zamek odwiedziła Królowa Elżbieta wraz ze swoim małżonkiem. Była to pierwsza wizyta brytyjskich monarchów od momentu uzyskania przez Irlandię niepodległości czyli od 1922 roku. Planując wypad „Irlandia w 3 dni” nie możecie ominąć wizyty w tym zamku!
Zamek Blarney
Tego dna mieliśmy odwiedzić jeszcze Zamek Blarney, ale z kilku powodów nie było to możliwe:
doba ma tylko 24 godziny i jak okazało się, to jednak za mało;
ostatnie wejście na zamek jest o 16.00, a my nie mieliśmy szans by dotrzeć tam na tę godzinę
wstęp kosztuje 18 euro (16 euro przy zakupie przez stronę) za osobę, a to jednak trochę dużo, gdy średnia cena do innych tego typu budynków w Irlandii waha się między 4 a 8 euro.
Przeczytałam wiele opinii, że wizyta w zamku Blarney jest warta swojej ceny. Dlatego trochę żałuję, że nie mogłam sama tego potwierdzić. Mogę jednak obiecać Wam i sobie, że w przyszłości na pewno wrócę do Irlandii. Wtedy odwiedzę zamek w Blarney i słynny kamień (pocałuj, a staniesz się wspaniałym mówcą i zyskasz dar przekonywania!).
Cork
Ostatnim miejscem, które znajdowało się w planie dnia na sobotę było Cork. Dotarliśmy tutaj tuż po zmroku, dlatego niestety nie udało mi się zrobić dobrych miejsc. Znajduje się tutaj przepiękna katedra. W pobliżu (ok. 20 km) możecie odwiedzić miejsce, które było ostatnim przystankiem Tytanica w drodze do Nowego Jorku. Niestety ten transtlantycki gigant nigdy tam nie dotarł. Gdy zaplanuję kolejny wyjazd Irlandia w 3 dni, z pewnością odwiedzę to miejsce!
Nocleg – hobbicia chatka
W sobotę udaliśmy się na nocleg do miejscowości położonej ok. 30 km od Cork. Za przyjemność spania w Tig Lammax czyli uroczej hobbiciej norce(i mówię to z całkowicie pozytywnym wydźwiękiem!) zapłaciliśmy 10 euro od łebka – cena została obniżona, ze względu na będący w remoncie ogród, normalnie wynosi 15 euro za osobę. Jadąc tutaj wieczorową porą, ciemnymi uliczkami, oświetlonymi jedynie reflektorami naszego auta, pisałam w głowie najczarniejsze scenariusze. Na szczęście to tylko moja wyobraźnia postanowiła spłatać mi figla, bo na miejscu okazało się, że naszą gospodynią jest przemiła Mora, która przygotowała dla nas obiad (dodatkowo płatny, 7 euro/os) i zaproponowała kilka miejsc, które moglibyśmy odwiedzić. Ponadto stwierdziła, że w 3 dni robimy wycieczkę, która powinna trwać 2 tygodnie, ale naprawdę nas za to podziwia!
Hobbicia chatka miała może jedną wadę – w pomieszczeniu znajdowała się toaleta, nie było za to ani prysznica ani wanny. Do użytku gości były jednak dwie wspólne łazienki oddalone od wejścia do chatki o jakieś 30 sekund drogi:)
Myślę jednak, że cudowny zapach drewna i budzący Cię rankiem śpiew ptaków w pełni rekompensowały tę niedogodność
Parkingi
Prawie bym zapomniała – parkingi. W każdym mieście i miasteczku w otoczeniu atrakcji turystycznych parkingi są płatne. Ceny wynoszą od 1 do nawet 4 euro za godzinę (te najdroższe oczywiście znajdują się w centrum Dublina). Na dodatek parkowanie zazwyczaj nie może być dłuższe niż 2- 3 godziny, co oznacza, że jeśli po tym czasie nadal nie chcesz użytkować samochodu, to i tak musisz się do niego wrócić, przeparkować go lub kupić bilet na następny okres. Parkingi są bezpłatne zazwyczaj od 18.30 do 7 rano. Ale biada temu, kto o godz. 7.15 nie będzie miał wykupionego biletu parkingowego w centrum Dublina – 100 euro zniknie z portfela szybciej, nim zdążysz pomyśleć „bilet” (a tak przynajmniej ostrzegał nas nasz gospodarz w Dublinie).
Irlandia w 3 dni – Dzień 2
kk
Trzeciego dnia naszą docelową destynacją było Galway – tutaj właśnie mieliśmy zarezerwowany ostatni nocleg w Sleepzone Galway City Hostel. Zapłaciliśmy za to ok 16 euro za osobę, co zawierało również śniadanie (jak to zazwyczaj ma miejsce w hostelach). Nie było to wprawdzie najsmaczniejsze poranne jedzonko, jakie miałam okazję próbować, ale za tę cenę nie ma co wybrzydzać, ponadto w hostelu znajduje się ogólnie dostępna kuchnia, więc nie ma problemu by przygotować coś samodzielnie. Największą zaletą hostelu Sleepzone, oprócz atrakcyjnej ceny, jest również świetna lokalizacja – do rynko- deptaku mieliśmy ok. 7 min. pieszo.
Ladies View
Zanim jednk dotarliśmy do Galway odwiedziliśmy po drodze:
Jechaliśmy cały czas brzegiem oceanu, zatrzymując się od czasu do czasu na jakiejś mniej lub bardziej dzikiej plaży. Wiatr wiał niemiłosiernie, dlatego niektórzy postanowili wykorzystać tę sposobność i trenowali sobie kitesurfing – naprawdę podziwiam!
Okolice Dingle
Zamek Bunratty.
Klify Moheru
Zobaczyliśmy zamek Bunratty i przejeżdżaliśmy w okolicy Limerick. Głównym celem było jednak dotarcie do jednej z największych, o ile nie największej atrakcji Irlandii, Klifów Moheru. Na miejscu byliśmy o godz. 17.10 czyli równo z zachodem słońca. Udało nam się jednak obejrzeć to zachwycające miejsce przy blasku ostatnich promieni słonecznych bardzo nieśmiało przedzierających się z zachmurzonego nieba. Wcześniej myślałam, że podczas naszej podróży natknęliśmy się na bardzo duży wiatr. Po wizycie na Klifach Moheru, stwierdziłam, że tamten to był jakiś malutki zefirek, koło prawdziwego wiatru to nawet nie stał. Tutaj to naprawdę nieźle mną miotało! Szłam sobie szłam, aż tu nagle zaczęłam biec, bo wiatr tak mi podcinał nogi. Klify Moheru są magiczne! Marzę by zobaczyć je także w pełnym słońcu, kiedy ocean nie jest tak wzburzony… Ciekawe, czy to właśnie w jakiejś jaskini w pobliżu Klifów Voldemort ukrył jednego ze swoich horkruksów?
Tego dnia dużo czasu spędziliśmy w samochodzie, ale wszystkie widoki napotkane po drodze były tego zdecydowanie warte.
Irlandia w 3 dni – Dzień 3
Trzeci dzień był ostatnim dniem naszej irlandzkiej przygody. O 19.20 mieliśmy powrotny samolot do Wrocławia. Wcześniej jednak odwiedziliśmy Galway, które polecam Wam z całego serca i wcale nie jest to związane z tym, że Ed Sheeran nagrał tutaj jedną ze swoich piosenek! Nie wiem co to miasteczko w sobie ma, ale to coś sprawia, że chętnie bym tam wróciła, może nawet na dłużej…
Ocean
Zanim ruszyliśmy w drogę powrotną do Dublina, odwiedziliśmy jeszcze bliżej nieokreślone miejsce nad oceanem. Zjedliśmy tam nasz piknikowy lunch i poskakaliśmy sobie po kamieniach. Pokontemplowaliśmy także widok uderzających o siebie fal. Zastanawialiśmy się też jakby to było mieszkać w miejscu, gdzie prawdopodobieństwa otrzymania mandatu za zakłócenie ciszy nocnej jest bliskie zeru! Pobliskie domy oddalone są od siebie o min. 100 metrów (sąsiedzi musieliby mieć nieźle wyostrzony słuch!).
Wszystko co dobre zawsze się jednak kończy, dlatego też bardzo zmęczeni, ale w 100% zadowoleni wróciliśmy do Wrocławia.
Irlandia w 3 dni – podsumowanie
Nasza trasa wyglądała mniej więcej tak (mieliśmy więcej przystanków, ale tylko tyle mogłam dodać na google maps)
Łącznie zrobiliśmy ok. 1100 km w ciągu 3 dni, dlatego całe szczęście, że mieliśmy dwóch kierowców! Ja wiem, że zawodowi potrafią taką trasę zrobić dużo szybciej i to w 2 dni, ale tutaj chodziło przecież o to, żeby wypocząć.
Koszty:
Samolot:
Bilety samolotowe: 170 zł w dwie strony
Wypożyczenie auta:
Auto +ubezpieczenie – 176 zł – 3 dni/4 osoby = 44 zł zł na osobę
Paliwo- ok. 30 euro euro na osobę -126 zł/ os
Dodatkowy kierowca – ok. 7 euro na osobę – 30 zł/os
Noclegi:
Dublin 22 euro,
okolice Cork 10 euro,
Galway 16 euro
Łącznie: 202 zł/os
Jedzenie, pamiątki etc.:
Na pamiątki, jedzenie wstępy wydaliśmy ok. 35 euro/os – 150zł
Łącznie: ok 722 zł za osobę
Nasza wycieczka była bardzo intensywna i doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubuje się w takim sposobie podróżowania. Dlatego, jeśli zdecydujecie się na wyjazd zimą, tak zaplanujcie swoją podróż, by większość zaplanowanych atrakcji zobaczyć jeszcze za dnia. Wieczorem zbierajcie siły na kolejny dzień pełen przygód lub zróbcie sobie spacer po miasteczku, w którym właśnie się zatrzymaliście.
Może zorganizowana wycieczka?
Czasami jednak brak nam chęci, by wszystko zorganizować samemy. W takiej sytuacji, sprawdźcie ofertę gotowego wyjazdu do Irlandii przygotowaną przez Itakę.9 dni niesamowitych widoków, podziwiania irlandzkiej natury i szukania leprikonów z garnkiem złota na końcu tęczy – tylko czy te złoto aby na pewno będzie prawdziwe?
Sprawdźcie to i wybierzcie najlepszy dla Was sposób podróżowania!
Dajcie znać, czy takie praktyczne posty przypadły Wam do gustu. Chcielibyście, żebym przygotowywała podobne z każdej wyprawy (jakbym dotąd tego nie robiła:D)!
Któregoś razu buszując po moich ulubionych blogach, tj. takich, które ślędzę już od miliona lat, trafiłam na post post Pauliny z Beauty.Fashion.Shopping dotyczący 3 dniowej wycieczki do Irlandii.Długo się nie zastanawiając podjęłam decyzję, że prędzej, czy później (raczej prędzej) Zakręcona postawi swoją stopę na irlandzkiej ziemi. Dublin był na mojej liście już od jakiegoś czasu, a to ze względu na to, że przed skończeniem 30 lat (a jeśli się da to szybciej) planuję odwiedzić wszystkie stolice Europy. W tym momencie mam ich na koncie 20 (krajów jest więcej, ale tutaj liczę tylko stolice).
Czy Wy też tak macie, że jak zobaczycie gdzieś piękne zdjęcie na blogach, facebooku czy też po prostu na Google Grafika, to macie ochotę rzucić wszystko i wyjechać tam choćby zaraz? Nie…? Yyy, no bo ja właśnie tak mam. I ku mojej uciesze jakoś tak zawsze szczęśliwie się składa, że Ryanair sprzyja moim planom i robi promocje właśnie wtedy, gdy przypadkiem zajrzę na ich stronę. Na swoje bilety do Irlandii czaiłam się może z 2 tygodnie i kupiłam je na początku listopada, gdy cena osiągnęła akceptowalną dla mnie wartość (tj. 170 zł w dwie strony, wylot z Wrocławia do Dublina, wycieczka pod koniec stycznia). Była tylko jedna rzecz, która martwiła mnie w związku z tym wyjazdem – długość dnia. Na światło słoneczne mogliśmy liczyć od ok. 8.00 do 17.00. Jednym zdaniem – nie za długo. Ale dla chcącego nic trudnego. Dlatego oto ja powiadam Wam – jak znajdziecie tanie bilety do Irlandii w styczniu, nie wahajcie się ani minuty! Bez względu na porę roku, z pewnością nie będziecie żałowali swojej decyzji.
Czym więc Irlandia skradła moje serce?
Zieleń i natura
Po wycieczce na Azory, myślałam, że nie spotkam już równie zielonego miejsca. Myliłam się – Irlandia spokojnie mogłaby walczyć o podium w tej kategorii. I ten ocean tutaj… Gdybym nie miała dwóch kurtek (by nie zamarznąć) i obstawy w postaci Kuby i dwóch kolegów (by mnie nie zwiało), pewnie dopływałabym sobie teraz do wybrzeży Kanady. Ale jednemu nie mogę zaprzeczyć – jedzenie kanapek z widokiem na ocean, podczas, gdy fale wyglądają tak, jakby marzyły tylko o tym, by zabrać Cię do siebie, a wiatr rozwiewa Twoje włosy w każdą stronę, tak, że z trudem jesteś w stanie zobaczyć cokolwiek, ma swój niepowtarzalny urok.
Owce
Jedziesz sobie samochodem, mijasz góry i lasy, jesteś przy brzegu oceanu, innym razem odwiedzasz piękne jezioro i park narodowy – krajobrazy ciąglę się zmieniają, ale jedno pozostaje niezmienne- owce. Spotkasz je wszędzie. Czasami pasą się na łące, a czasami zachodzą Ci drogę, musisz wtedy łaskawie im ustąpić i czekać, aż zrobią Ci miejsce (na Azorach było bardzo podobnie, tylko, że z krowami). Innym razem wlezą na skałę i nie bardzo mają pomysł jak z niej zejść. W całej Irlandii jest ich ok. 5 mln (niektóre źródła mówią, że nawet 11 mln!), a to oznacza, że na jednego obywatela Irlandii przypada co najmniej 1 owca! Może dlatego każde, nawet maleńkie miasteczko ma swój własny sklepik z wyrobami wełnianymi.
Kamieniczki i kolorowe drzwi
Oj dużo bym dała, by mieszkać w takiej kamienicy. Jedno jest pewne, jak już kiedyś nastąpi ta wiekopomna chwila i dorobię się własnego domku, to pomaluję drzwi wejściowe na jakiś fikuśny kolor np. czerwień z Falun, gumigota lub peridot (miałyście pojęcie, że takie kolory istnieją?!). A jakby się zdarzyło przypadkiem, że otworzę jakiś interes, to z pewnością umieszczę na budynku superaśny szyld w irlandzkim stylu wraz z jakąś bardzo odległą datą. Przecież te szyldy nad wejściem są w pytkę! Jak nie wstąpić do takiego sklepu? Tam nawet „Wszystko po 5 zł, czy też 1 euro” wygląda jak ekskluzywny butik. A jak Waszym zdaniem wygląda Pan stojący za ladą takiego sklepu? Oczywiście, że ma rude włosy i brodę, popala fajeczkę, popija Whisky (bez coli) i jest ubrany w zielony sweter!
Zamki i kościoły
Jak bardzo boczną drogą byś nie jechała, i jak bardzo unikałabyś dużych miast i pragnęła odwiedzać tylko małe pipidówki, jednego możesz być pewna – natrafisz na jakiś kościół lub zamek, wszystkie będą zbudowane z szarego kamienia, a odróżnienie ich wcale nie będzie łatwym zadaniem. Niektóre zamki mieliśmy w planie naszej wycieczki, inne całkowicie przypadkiem wychylały się zza zakrętu, gdy akurat przejeżdżaliśmy jakąś polną drogą. Ile jest ich w całej Irlandii? Nie wiem, ale z pewnością dużo, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę nie tylo te najlepiej zachowane, ale również ruiny.
Galway
Podczas naszej podróży odwiedziliśmy Dublin, Cork, Galway i parę pomniejszych miejscowości. W Cork byliśmy tylko przez chwilę wieczorem i moim skromnym zdaniem to był nasz błąd. Nie wszystkie miasta są jak Praga czy Budapeszt – tj. za dnia bardzo ładne, ale dopiero w nocy pokazują na co stać je naprawdę. Cork prawdopodobnie jest cudnym miasteczkiem, ale wieczorem jakoś trudno było mi to dokładnie zauważyć. Chociaż w sumie, może powinnam zwalić winę na zmęczenie? Po całym dniu latania jak perszing i dodatkowo kilkugodzinnej jeździe samochodem, nawet Robert Lewandowski może wydać się jakby mniej atrakcyjny… (JA NAPRAWDĘ TO NAPISAŁAM?!)
Z kolei w przypadku Galway, moje uczucia były zgoła odmienne. Dałabym temu miastu mocne 11 na 10! Co mnie tak urzekło? Tak dokładnie, to wszystko. Ale niestety była jedna rzecz, która zapisała się czarną plamą na kartach historii naszych odwiedzin. Zostawiła zadrę w sercu i uczucie rozczarowania… NO DO CHOLERY, DO JASNEJ! Jak przyjeżdżam do Galway, to spodziewam się, że Ed Sheeran wychyli się zza jakiegoś rogu i zaśpiewa she played the fiddle in an Irish band, But she feel in love with an English Man (…) Galway Girl… No cóż, tym razem się zawiodłam, ale ufam, że kolejnym razem Ed nie wystawi nas do wiatru.
Kto z Was miał okazję być w Irlandii? Co się Wam najbardziej spodobało?
PS Już niedługo ukaże się kolejny post, w którym dokładnie przedstawię Wam trasę wycieczki i koszty, także bądźcie na bierząco, szczególnie jeśli Irlandia jest na Waszej liście „Must see”.